Rozdział I
„A niech to szlag” pomyślała
Weronika patrząc na oddalający się PKS, którym codziennie wracała do domu. Tego
dnia prześladował ją pech. Nie dość ze się spóźniła na ostatni autobus, to
jeszcze w sklepie w którym pracowała jako ekspedientka stłukła butelkę bardzo
drogiego wina, za co nieźle się jej dostało od szefowej. Zastanawiała się co ją
jeszcze czeka. Z westchnieniem wyjęła z
torebki telefon i nacisnęła klawisz szybkiego wybierania.
Po kilku sygnałach połączenie
zostało odebrane.
- Halo?- usłyszała w
słuchawce.
Odetchnęła z ulgą słysząc
melodyjny sopran siostry.
- Hej Majka, przekaż mamie że
się spóźnię i żeby się nie martwiła – powiedziała siadając na ławce.
- Ok. Ale co się stało? –
zapytała Majka.
W tle było słychać śmiech
mamy. Weronika przymknęła powieki.
- Spóźniłam się na ostatni
autobus. Muszę już kończyć. Niedługo będę w domu. Pa! – już miała się
rozłączyć, gdy siostra ją powstrzymała.
- Czekaj mała. Zadzwonię do
Matiego i zapytam czy mógłby po Ciebie
podjechać. – dziewczyna miała już zaprotestować, ale Majka już się rozłączyła.
Nie pozostało jej nic innego, jak tylko czekać. Schowała telefon i rozejrzała
się po okolicy. Na przystanku była tylko ona. Nic dziwnego, gdyż była już
godzina 22.30. Poczuła że burczy jej w brzuchu, od obiadu minęło już wiele
długich godzin. Była bardzo głodna. Przypomniała sobie o batoniku zbożowym, którego kupiła
poprzedniego dnia w kiosku. Baton mógł minimalnie oszukać głód. „Dobre i to”
pomyślała, wyciągając go z torebki. Ugryzła kawałek roskoszując się delikatnym
cynamonowym smakiem. Chwile ciszy przerwał dzwonek telefonu.
- Tak? Słucham – zapytała grzecznie odbierając
połączenie
- Córeczko? Tu mama. Gdzie
jesteś? – Weronika uśmiechnęła się do siebie. Głos mamy zawsze dawał jej poczucie bezpieczeństwa .
- Na przystanku, uciekł mi
autobus. – odparła patrząc na swoje paznokcie które pomalowała lakierem w
kolorze lawendy, kolor ten przypadł jej szczególnie do gustu. Uspakajał ją. W
jakieś gazecie przeczytała, że kolory mają duży wpływ na życie. Coś w tym było.
- Och skarbie, mam nadzieję,
że nie kręcą się koło Ciebie podejrzane osoby. Teraz jest tak niebezpiecznie
wszędzie – głos mamy był zatroskany. Weronika wiedziała że się martwi o nią.
- Nie martw się mamo. Nic mi
nie będzie – powiedziała uspokajającym tonem.
- Majka dzwoniła do Mateusza,
podjedzie po Ciebie w ciągu 20 minut córeczko. Uważaj na siebie. Do zobaczenia
kochanie.
- Pa mamo.
Po zakończeniu rozmowy
Weronika wsunęła dłonie do kieszeni kurtki. Musiała czekać jeszcze 20 minut na
chłopaka siostry. Liczyła na to ze uda mu się dotrzeć wcześniej. Zdążyła już
porządnie zmarznąć. Z nudów uniosła głowe i się zamyśliła patrząc na czarne jak
smoła niebo.
***
Aaron stał zamyślony, przyglądając się treningowi
swojego ukochanego brata Edgara. Był wspaniałym wojownikiem. Ale jeszcze
lepszym wampirem. Tak Edgar miał dobre serce. Tkwił w nim ogromny potencjał,
który Aaron zauważył już dawno temu. Sam należał do najlepszych wojowników
klanu Północnych Ziem. On i Edgar byli synami Gordona mającego już czterysta
lat i pięknej Lorny liczącej sobie lat trzysta siedemdziesiąt. Bracia mieli
jeszcze cudownej urody siostrę o imieniu
Sophia, która skończyła zaledwie sto lat. Obaj kochali ją bezgranicznie. Z
pozostałej czwórki rodzeństwa pozostała tylko ona. Seamus, Wolter i Hilda
zostali zabici w dolinie. Lorna cierpiała straszliwie, po utracie połowy swoich
dzieci. Codziennie błagała los o ich pomszczenie. Ich zabójczynią okazała się
Wirginia, zwaną Czarną Królową. Oprócz rodzeństwa zostało zamordowanych ponad
pięćdziesięciu wampirów. Zrozpaczonej Lornie i reszcie rodziny udało się zbiec.
Od tego wydarzenia minęło pół wieku, jednak ból nie zelżał ani trochę. Do
Aarona, podeszłą Sophia. Jak zwykle w jej zielonych oczach widział ogromny
smutek. Siostra najbardziej była podobna do matki. Miła równie wielka
wrażliwość . Swoje piękne czarne włosy związane miała w długi warkocz. Gdy
Aaron ją zauważył, wspieła się na palce i ucałowała go w policzek. Oboje spoglądali
w milczeniu na Edgara. Sophia, zerkała co jakiś czas na Lionela. Była nim
zauroczona . Lecz on nie wracał na nią uwagi, gdyż swe serce oddał zjawiskowej
Naomi. Z tego powodu, Sophia cierpiała jeszcze bardziej.
- Sophio zapomnij o Lionelu.
On świata nie widzi , poza Naomi – powiedział Aaron, zerkając z troską na
siostrę, która spojrzała na niego lekko zaskoczona.
- Wiem. Ależ ja jestem
nieszczęśliwa! – wykrzyknęła, w jej oczach lśniły łzy. Była taka delikatna.
Aaron objął ją i mocno przytulił. Tyle już wycierpiała.Za każdym razem widząc
ognistorudą Naomi, wybuchała płaczem. Wszyscy mężczyźni interesowali się tą
pięknością. Zawsze była otoczona przez adoratorów, którzy patrzyli na nią z
nieskrywanym zachwytem. Sophia chociaż była piękna, nie miała wielbicieli.
- Nie płacz, siostrzyczko .
Jeszcze spotkasz miłość swojego życia. Jesteś piękną niewiastą. – szepnął Aaron
Miał racje, problemem było to
że zamknęła się w sobie. Brak jej było pewności siebie. Dawna tragedia
odznaczyła się boleśnie, na jej wrażliwym sercu. Straciła swą dawna radość, być
może już na zawsze. Z dawnej pięknej
wampirki , której uśmiech nie schodził z twarzy mimo ciężkich czasów, pozostało
tylko pomału blaknące wspomnienie. Przez ostatnie pół wieku ani razu się nie
uśmiechnęła. Z całego serca nienawidziła Czarnej Królowej. Która miała na
sumieniu tyle niewinnych istot.
- Ach, Aaronie, ale ja go
kocham. – wyszeptała Sophia, przełykając łzy
- Wiem że kocha Naomi, lecz kocham go mimo tego. – dodała zamykając
oczy.
Aaron ujął jej śliczną malęńką
dłoń, i złożył na jej czułku braterski pocałunek . Nie puszczając dłoni siostry
przeniósł wzrok na Lionela. Mężczyzna czyścił swój miecz. Jego jasne włosy
lśniły w promieniach słońca. Patrząc na nie miało się wrażenie że są ze złota.
Sophia była pod wrażeniem jego urody. Podziwiała jego piękne atletycznie
zbudowane ciało, i piękne jasnobłękitnę oczy. Gdy skończył czyszczenie miecza
wstał i ruszył w kierunku Aarona.
- Witajcie mój drodzy –
przywitał się z szacunkiem, oglądając się za ramię. Sophia wpatrywała się w
niego szeroko otwartymi oczyma. Był tak blisko. Serce jej pękało z bólu wiedząc
że nie może być jej. Lionek był całkowicie oddany swojej Naomi. Byli już ze
sobą nawet zaręczeni. Chcieli wstąpić w zwiążek małżeński.
- Witaj, coraz lepiej władasz
mieczem Lionelu – odparł Aaron, wyczuwając niema rozpacz siostry.
Lionel spojrzał na niego z
szerokim uśmiechem na swej pięknej twarzy.
- A jakże! W końcu wywodzę się z walecznego rodu Suchadów –
rzekł wybuchając gromkim śmiechem
Aaron zauważył, że Sophia
spuściła wzrok i boleśnie westchnęła.
Lionel spojrzał na nią z
zaskoczeniem.
- Czy coś się stało, Sophio? – zapytał przenikliwie się jej
przyglądając. Dziewczyna puściła rękę brata i cofnęła się krok do tyłu.
- Nie...Ja już pójdę –
wykrztusiłą powstrzymując łzy cisnące
się do jej oczu. Zasłaniając twarz jedwabnym szalem pobiegła ku domostwu.
- Biedna Sophia – powiedział
do siebie Aaron – Lionelu postoisz tu chwilę? – rzekł, patrząc na bardzo
zdziwionego Lionela. Po czym ruszył, za siostrą. Dogonił ją koło stajni, stała
oparta o ścianę i szlochała .
- Sophio, nie płacz, pęka mi
serce widząc Twój smutek – powiedział dotykając jej policzka – Już…spokojnie.
Wszystko będzie dobrze – kontynuował nie spuszczając z niej oczu. Sophia
zaczęła się uspokajać
- Tak bardzo, bym chciała
poczuć się kochana. Poznać tą miłość, jaką Ty kochałeś Ellene – powiedziała
cichutko, nieco drżącym głosem. Patrzyła przed siebie. Aaron, stanął bez ruchu,
słysząc imię swojej ukochanej. Przypomniał sobie jej piękne złote loki, w których
często zanurzał twarz. Zaczął pogrążać się we wspomnieniach…Stał nad jeziorem i przyglądał, się gromadce
pląsających dziewcząt. Szczególnie jednej, ślicznej jasnowłosej dziewicy,
przyobleczonej w zieloną suknie. Była taka niewinna i cudowna. W pewnej chwili
spojrzała w jego stronę, ale bardzo szybko się odwróciła zmieszana. Jedna z jej
towarzyszek nachyliła się ku niej,
zaczęły chichotać, chwyciły się za ręce i pobiegły w strone lasu.
Wieczorem tego samego dnia podczas wieczerzy, Gordon spojrzał na swojego syna z
uśmiechem,
- Synu, czuję że w Twojm życiu dzieję się coś
szczególnego – powiedział, patrząc na zdziwionego Aarona – Zauważyłem jak
patrzysz, na Ellene. – dodał
- Jest bardzo piękna niewiastą ojcze. Pełną wdzięku.
Obserwuję ją od paru tygodni. Jest wspaniała – odparł Aaron
Gordon pokiwał głową.
- Masz rację. Wiem ze ją kochasz. Powiedz jej to,
zanim ci ktoś ją zabierze z przed nosa.
…To były piękne czasy…
Aaron otrząsnął się ze
wspomnień.
- Siostrzyczko, na
prawdziwą miłość warto czekać. Muszę wracać do Edgara. – rzekł
i odszedł w stronę placu. Sophia chwile za nim patrzyła, potem się odwróciła i
wbiegła do domu.
***
Zadzwonił budzik, Weronika
pomału otworzyła oczy, i sięgnęła ręką do szafki nocnej, na której stał by go
wyłączyć. Przez przypadek strąciła zapachowa świeczkę. Z lekkim ociąganiem
podniosła się z posłania. Zamglonym wzrokiem rozejrzała się po pokoju ,
odrzuciła kołdrę i zsunęła stopy na ziemie. W tej samej chwili do pokoju wpadł
żywy huragan.
- Ej, no! – wykrzyknęła,
patrząc ze złością na Majkę, która w odpowiedzi zachichotała.
- Wreszcie się obudziłaś. Już
jest 12. Jedziesz z nami na zakupy? Muszę sobie kupić nową kieckę – powiedziała
przysiadając na brzegu łóżka . Weronika nic nie odpowiedziała. Majka zaczęła
się jej badawczo przyglądać.
- Siostra, co jest? –
zapytała
- Nic, po prostu nie czuję
się najlepiej – odpowiedziała Weronika przecierając oczy.
- No weź, nie żartuj Wera.
Ubieraj się i jedziemy.
- Czy Ty do cholery nie
rozumiesz?! Nigdzie nie jadę!
Majka wpatrywała się w
młodsza siostrę z otwartymi ustami.
- Nie to nie – odparła
urażonym tonem – Ja spadam. Nara – dodała pośpiesznie i obrażona wybiegła z
pokoju trzaskając drzwiami.
Weronika zaczęła żałować swej
gwałtownej reakcji. Niepotrzebnie się tak uniosła wobec swojej starszej
siostry. Postanowiła że ją przeprosi gdy wróci. Podeszła do okna i rosuneła
zasłony. Za oknem, była paskudna pogoda. Padał deszcz. Zadrżała, zerknęła na
stojące na parapecie niewielkie podręczne lusterko. Stwierdziła, że wygląda tragicznie, szybko więc wyjęła z
szafki szampon i żel. Chciała wziąć kąpiel. Wyszła na korytarz i zapukała do
drzwi łazienki, gdy nikt nie odpowiedział weszła do niej zamykając za sobą
drzwi na klucz. Rozebrała się, przyglądając
się swojemu ciału. W ostatnim czasie trochę przytyła, nabrała bardziej
kobiecych kształtów. Piersi wydawały się pełniejsze, a biodra nieco
zaokrąglone. Do tego pod względem psychicznym poczuła, się bardziej kobieca.
Wszyscy jej mówili, że wyładniała. Często wyrażali zachwyt nad zmianami w niej
zachodzącymi. Uśmiechnęła się lekko i odkręciła kurek z wodą. Przez chwile
czekała na odpowiednią temperaturę wody, i weszła do brodzika. Uniosła twarz,
ku strumieniowi wody, który spływał gorącymi strużkami po ciele. Nieświadome
dotknęła jedwabistej skóry i rozkosznie westchnęła. Zaczęła się zastanawiać,
jak to jest być z mężczyzną. Teraz pomalutku się dowiadywała o doznaniach,
których nigdy dotąd nie znała. Nagle zamarła. „Cholera o czym ja właściwie myślę.
Opamiętaj się dziewczyno. To temat tabu, dla mnie zakazany dopóki nie poznam
odpowiedniego mężczyzny” zbeształa samą siebie. Wzięła do ręki szampon ,nalała
go sobie na dłoń. Myła włosy masując delikatnie skórę głowy, gdy skończyła
spłukała pianę wodą. Kilka minut później odświeżona i zrelaksowana owinęła się
ręcznikiem. Włosy wysuszyła suszarką, potem przeszła do pokoju by się ubrać.
Założyła dżinsy, i czerwoną sportową bluzę. Zdecydowała się tez na lekki makijaż, oczy podkreśliła konturówką,
pomalowała też usta. Oceniła efekty, wzięła telefon i zbiegła do kuchni.
- Dzień dobry mamo –
przywitała stojącą przy stole mamę, która uśmiechnęła się promiennie na jej
widok.
- Dzień dobry córeczko.
Wyspałaś się? – zapytała.
Weronika nagle posmutniała.
- Tak mamo.
Matka spojrzała na nią z
troską.
- Źle się czujesz Weroniczko?
Jesteś jakaś blada.
Weronika pokręciła głową.
- Nie mamo, chodzi o Majkę.
Chyba ją uraziłam – głos Weroniki wzkazywał na ogromne przejęcie. Mając wyrzuty
sumienia, opowiedziała całe zajście. Matka słuchała jej, od czasu do czasu
kiwając głową, gdy Weronika skończyła mówić uśmiechnęła się czule.
- Och córciu, zawsze byłyście
wrażliwe na krzywdy drugiej. Majce na pewno przejdzie, w dzieciństwie gdy się
kłóciłyście to po chwili byłyście pogodzone. Jak wróci z zakupów, już nie
będzie pamiętała o tym - powiedziała – Znasz ją przecież – dodała, podchodząc
do lodówki. Weronika patrzyła na nią jak wyjmuje kurczaka. Matka była taka
mądra i dobra. Bez zastanowienia zerwała się z krzesła, podeszła do niej i ją
ucałowała.
- Dziękuję mamo. Kocham Cię.
– szepnęła jej na ucho, i z radosnym śmiechem się do niej przytuliła.
***
Koło 16 wróciła Majka.
Weronika słysząc na dole śmiech siostry, odłożyła książkę którą czytała.
Chciała porozmawiać i przeprosić siostrę za swój wybuch. Usłyszała że Majka
wbiega po schodach, stukając nowiutkimi szpilkami. Wzięła więc głęboki oddech i
policzyła do trzech uchylając drzwi.
- Majka, pogadamy? – zapytała
nieśmiało. Siostra przystanęła i podniosła na nią wzrok, na jej twarzy pojawił
się przyjazny uśmiech.
- Tak, możemy. Widzę, że ci
przeszło. Co tam? – odparła pytająco patrząc w oczy Weroniki. Dziewczyna
przygryzła wargę.
- Chciałam Cię przeprosić, za
to że się uniosłam – wyrzuciła, wbijając wzrok w podłogę.
Majka się jej dłuższą chwilę przyglądała, po czym rozłożyła
ramiona.
- Chodź tu moja mała
siostrzyczko – Weronika nie zastanawiając się ani chwili dłużej uściskała się
pojednawczo z siostrą. Mama się nie myliła, obie siostry, nie potrafiły się na
siebie długo gniewać. Były przyjaciółkami. Bardzo się kochały i starały się
sobie zawsze nawzajem pomagać. Mogły na siebie liczyć.
- Chodź Werka. Mam coś dla
Ciebie – Majka nagle pociągnęła Weronikę
w stronę swojego pokoju. Kilka toreb które niosła rzuciła na łóżko, i
zaczeła w nich szperać. Z jednej z nich wyciągnęła śliczną czerwoną sukienkę, z
dużą biała kokardą z przodu. Z okrzykiem zadowolenia podała ją siostrze.
Weronika dotknęła miękkiego materiału.
- Jest śliczna. Dziękuję! –
wykrztusiła.Była wzruszona, gestem Majki. Siostra zaśmiała się serdecznie,
widząc zaskoczoną minę Weroniki.- No dalej, przymierz ją - zachęcała, podskakując lekko jak mała
dziewczynka, biorąc od siostry ubranie, które właśnie zdejmowała. Chwile
później, Weronika miała na sobie sukienkę. Majka spoglądała na nią z zachwytem.
- Jesteś taka piękna –
zaszczebiotała wirując wraz z siostrą w szalonym tańcu, zaśmiewając się przy
tym do łez. Potem padły zmęczone na posłanie, a ich radosny śmiech roznosił się
po całym domu.
***
Gordon, uchodził za przystojnego
mężczyznę. Mądrego, o wspaniałym wnętrzu. Lorna pokochała go za serce
przepełnione miłością do niej. Tego wieczoru, stał koło okna, patrzą na
gwiazdy. Był w głębokiej zadumie. Wspominał trójkę swoich tragicznie zmarłych
dzieci i czarująca Ellene, która miała zostać jego synową. Aaron tak bardzo ją
kochał. Nawet teraz, gdy jej nie było wśród żywych. Gordon nawet nie chciał
myśleć jak bardzo cierpi jego syn, bo sam wiedział najlepiej. Czuł to samo.
Stracił ukochanych synów i córkę. Ból był nie do zniesienia. Wciąż widział ich
twarze. Każdego dnia o nich myślał. Codziennie przeżywał na nowo tamte
straszliwe wydarzenia.
- Mężu, dzieci pytały czemu
nie było Cię na wieczerzy – oznajmiła Lorna wchodząc do izby. Gordon odwrócił
się w jej stronę,
„ Lorno, moja najdroższa
ptaszyno, Ty też cierpisz, być może odczuwasz to bardziej dotkliwie niż my,
przez swoją wrażliwość. Tak bardzo bym chciał złagodzić Twój ból, ale to jest
niemożliwe, musimy z tym żyć. Wiem, że płaczesz po nocach, siedząc sama przy
kuchennym stole. Chociaż Ty myślisz, ze o tym niewiem. Musimy żyć ze
świadomością tej jakże straszliwej straty moja słodka różyczko” Pomyślał
patrząc w smutne oczy ukochanej żony.
- Chciałem posiedzieć w ciszy
i pomyśleć – powiedział, obejmując żonę.
Kobieta wtuliła się w jego
ramiona.
- Nasza córka, cierpi
bardziej niż dotychczas – rzekła, jej głos był przytłumiony. Gordon uniósł jej
piękną twarz ku swojej.
- Sophia odziedziczyła
wrażliwość po Tobie moja kochana Lorno. Nic dziwnego ze cierpi, najpierw
straciła braci i siostrę, a teraz doszła nieszczęśliwa miłość. Ona po prostu
chce być kochana – przemawiał łagodnie.
- Wiem mężu. Boję się o nią.
To nasza jedyna córka, jedyna która nam została. Nie możemy jej stracić. Więcej
bólu już nie zniosę. Ja umrę jak stracę kolejne dziecię. Serce matki bardzo
słabe jest, jeśli umiera dziecko to serce jej obumiera, aż w końcu bić
przestaje z żalu i bólu – Gordon zaczął gładzić żonę po włosach. Gdy zgodziła
się wiele lat temu wyjść za niego, był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Wtedy byli tacy szczęśliwi, nie mieli żadnych trosk i kłopotów. W tamtym czasie
nie wiedzieli o wielkim niewyobrażalnym cierpieniu, jakie ich czeka. Byli
szczęśliwi, ze są razem, myśleli ze szczęście ich nie opuści. Jednak bardzo się
mylili. Wirginia wpadła w szał, gdy wielu wampirów się przed nią nie ukłoniło,
mówiąc że nie będą jej służyć. Chcąc ich ukarać, zarządziła najazd na dolinę i
zabicie wszystkich jej mieszkańców. Domostwa zostały splądrowane i spalone wraz
z ciałami zabitych. Gordonowi Lornie i
pozostałym udało się uciec. Lecz Wolterowi, Seamusowi i Hildzie, szczęście nie dopisało.
Im pisana według przeznaczenia była śmierć. Od tamtej pory, wielu mężczyzn
postanowiło stać się wojownikami, którzy by w odpowiednim momencie zadali
śmiertelny cios Czarnej Królowej. Oni wszyscy nade wszystko pragnęli jej
obalenia. Chcieli zemsty. Wirginia zasługiwała na śmierć. To przez nią
cierpiała cała rodzina Gordona. Aaron i Edgar, codziennie trenowali, a
Sophia…Ach, nie było żadnego dnia żeby nie płakała…
Lorna patrzyła na męża z
ufnością, w swych oczach które przepełnione były bólem.
- Moja kochana, nie pozwolę
skrzywdzić nikomu naszej córki – powiedział delikatnie całując żonę w usta. W
tym momencie do izby wszedł Aaron, był zdenerwowany w dłoni ściskał mocno
kawałek pergaminu. Gordon i Lorna, spojrzeli na syna jednocześnie. Jego oczy
pałały gniewem. Bez słowa podał przedmiot ojcu. Był to list, z pieczęcią
należącą do Czarnej Królowej. Gordon rozwinął go niepewnie i zaczął czytać. A
oto treść owego listu:
Na chwałę Moją i Królestwa Istot Nocy,
Wydaję rozkaz by, odnaleźć wszystkich
Zbiegów z doliny, którzy pragną Mojej
Zguby. Wydaję na nich wyrok śmierci.
Rozkaz ten ma być wykonany bez zwłoki.
- Co za suka! – syknął – Synu skąd to masz?
- Kilkoro z naszych, znalazło
martwego wysłannika Virgini, list był przy jego ciele – odpowiedział Aaron.
- Cóż się stało mężu? –
zapytała z niepokojem Lorna. Aaron wyczuł w niej strach.
- Ta przeklęta gnida Virgina,
wydała na nas wyrok śmierci – powiedział uderzając pięścią w ścianę. Lorna
skamieniała i osunęła się, z głuchym łoskotem na ziemie..
- Matko! – krzyknął Aaron i
uklęknął przy matce. Jego krzyk usłyszał Edgar, który jak burza wpadł do
komnaty z gotowością do walki.
Spojrzał pytająco na ojca.
- Czarna Królowa, znów
rozpoczęła polowanie na nas – wytłumaczył Gordon.
- Niechże tylko dorwę tę
podłą kreaturę – warknął Edgar, zerkając kątem oka na brata. Lorna wciąż była
nieprzytomna.
Aaron oparł głowę matki na
swoich kolanach. Znów na nowo mieli przeżywać piekło? Nie mógł na to pozwolić.
Ogarnęła go żądza mordu. O nie… Nikt bezkarnie nie będzie krzywdził tych
których kocham. Pora wziąć sprawy w swoje ręce.
Nadszedł czas zemsty…
Virgina poniesie konsekwencje
swoich czynów.
***
Sophia siedziała w swojej komnacie
i rozczesywała włosy, rozmyślając o Lionelu. Podkochiwała się w nim już od
kilku lat. Wyobrażała sobie siebie przy jego boku, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że nie ona
jest mu przeznaczona. Z bolesnym westchnieniem, podeszła do ogromnego
pozłacanego lustra i zaczęła się przyglądać swojemu odbiciu. Miała na sobie
tylko cieniutką halkę. Jej włosy rozsypywały się po ramionach, opadając
delikatną kaskadą po plecach. Piękne, ogromne zielone oczy odzwierciedlały jej
samopoczucie.
Jej uwagę przykuł odbijający
się w lustrze portret, który przedstawiał jej siostrę.
Hilda miała przechyloną na
bok głowę, palcami obu dłoni rozczesywała swoje jasne włosy. Uśmiechała się
patrząc wprost na malującego ją artystę. Jej oczy były w tym samym odcieniu co
Sochy. Cechowała ją odwaga i upór. Od najmłodszych lat wykazywała zdolności, do
jazdy konnej i walki. W dzieciństwie, gdy Sophia i matka zajmowały się ręcznymi
robótkami Hilda galopowała na własnym majestatycznym rumaku po okolicznych
lasach i łąkach. Towarzyszyli jej zawsze wszyscy czterej bracia i ojciec.
Eleganckie kobiety z doliny, nie pochwalały takiego zachowania, według nich
panienka powinna być pokorna i posłuszna. Obowiązkiem każdej młodej
dorastającej kobiety, było przygotowanie się do roli dobrych żon i matek.
Wszystkie dziewczęta musiały być grzeczne i potulne. Co jak co, ale Hilda
grzeczna i potulna nie była. O nie! Pewnego razu pietnastoletnia Hilda zobaczyła syna sasiadki, który chciał
zabić małego szczeniaczka. Nie wiele myśląc, w wielkim gniewie podbiegła do
niego i go pchnęła. Chłopak przewrócił się, upuszczając trzymany w ręce nóż.
- Ty parszywy gadzie –
wrzasnęła – Co ci, to niewinne stworzenie zrobiło, piekielny pomiocie?! Rusz go
tylko, a Cię zabije – dodała wysuwając kły.
Chłopak wpatrywał się w nią
zdezorientowany, po chwili na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości.
- Grozisz mi Ty mała
smarkulo? – Odejdź stąd żmijo – wysyczał.
Hilda zbliżyła się
błyskawicznie do niegodziwca i drasnęła go
po twarzy nożem, którego zdążyła pochwycić. Chłopak zawył z bólu, i
zakrył krwawiąca twarz dłonią . Stojąca nieopodal kobieta słysząc krzyk,
podbiegła do nich.
- Cóż się stało? – rzekła z
przerażeniem, patrząc na młodzieńca. Ifor wskazał na Hildę. Jego matka
spojrzała na nią. Jej twarz zrobiła się purpurowa ze złości.
- Hildo Rendsow! Zraniłaś
mego syna! Nie ujdzie ci to na sucho! Już ja tego dopilnuję! – powiedziała, jej
oczy ciskały błyskawice.
Hilda się tylko zaśmiała
ironicznie. Ta dziewczyna miała dziki temperament, porywający i żywiołowy. Dla
rodziny była gotowa poświęcić życie.
Takie to wspomnienia kłębiły
się w głowie Sochy. Były takie różne, zupełnie do siebie niepodobne na pierwszy
rzut oka. Lecz łączyło je najważniejsze, miłość do bliskich. Każda okazywała to
na swój sposób. Ale czyż miłość nie ma wielu twarzy? Sophia bardzo podziwiała
swoją starszą siostrę. Hilda była wyjątkowa, jedyna w swojm rodzaju. Nię
spuszczając oczu z portretu, podeszła wolnym pełnym gracji krokiem bliżej
dzieła, i leciuteńko jak tchnienie wiatru przesunęła opuszkami swych długich
palców po namalowanej żywymi barwami twarzy siostry. Portret genialnie oddawał
charakter modelki i urodę. Odzwierciedlał jej siłę, odwagę, ambicje i
determinacje. Jednocześnie ukazywał jej łagodność i miłość wobec najbliższych.
Hilda była naprawdę bardzo piękna, jej pełne usta były barwy dojrzałej maliny.
Ktoś lekko zapukał. Sophia
szybko naciągnęła na siebie bladoniebieską koszule nocną, obszytą koronkami i
otworzyła drzwi. W progu stała matka. Przez dłuższą chwilę przypatrywała się
bacznie Sophi, po czym weszła do komnaty i usiadła na krześle przy okrągłym małym
stoliku. Sophia wyczuwając coś niepokojącego, usiadła naprzeciwko matki, i
milcząc czekała aż ukochana rodzicielka coś powie. Lorna tymczasem biła się z
myślami jak i czy w ogóle powiedzieć córce o rozkazie królowej. Była pewna, że
Sophia popadnie w jeszcze głębszą rozpacz. Chciała twego uniknąć, ale z drugiej
strony nie mogła niczego ukrywać. Bardzo bała się, co może się stać. Żadna z
tych decyzji nie była dobra. Z miłością patrzyła w oczy córki, tyle było w nich
smutku i żalu. W jednej chwili reszta odwagi ją opuściło.
- Sophio, chcę żebyś
wiedziała, że co by się nie stało ja zawsze będę Cię
Kochać – powiedziała tylko.
Sophia uniosła brwi
- Mamo, coś się stało,
prawda? – zapytała
Lorna pokręciła gwałtownie
głowa.
- Nie…Nic się nie stało –
powiedziała dobrze zdając sobie z tego
sprawę , że właśnie okłamała swoją córkę. Sophia jednak od razu zauważyła że
cos jest nie tak.
- Matko, powiedz mi proszę.
Wiem że cos się stało. Bardzo dziwnie się zachowujesz – poprosiła. Coś jej
podpowiadało że matka ma bardzo złe wieści.
Lorna popatrzyła na Sophie
zbolałym wzrokiem.
- Wirginia wydała rozkaz, by
zabić wszystkich zbiegów z doliny – wydusiła i ukryła twarz w dłoniach.
To było straszne…do Sophi nie
od razu dotarł sens słów matki. Przez chwilę wpatrywała się w nią
zdezorientowana, lecz po krótkim momencie w jej oczach pojawiło się ogromne
przerażenie. Zrobiło się jej słabo. To nie mogła być prawda. Nie mogła w to
uwierzyć. Wszyscy zginiemy, pomyślała…Boże wszyscy. Zaczęła przeraźliwie
krzyczeć, zakrywając uszy dłońmi. Wstała i rzuciła się na łóżko. Matka podeszła
do niej szeleszcząc suknią.
- Córko tak mi przykro. To
jest przerażające. Znów nam przyjdzie przezywać piekło. Ojciec i Twój bracia
szykują się na walkę. Tak bardzo się o nich boję, ale wiem, że oni nie odpuszczą.
Będą walczyć na śmierć i życie do ostatniej kropli krwi, ale Wirginia jest zbyt
potężna to nie może się dobrze skończyć Sophio – wyszeptała, kładąc się obok
córki. Sophia leżała nieruchomo zwinięta w kłębek. Lorna nie mogła patrzeć jak
jej córka cierpi. Łagodnym gestem gładziła ją po ramieniu, chcąc dodać jej
otuchy. Byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Po kilku minutach Sophia zasneła
kamiennym snem. W swoim świecie wampiry niczym nie różnią się od ludzi. Śpią,
jedzą owoce warzywa i mięso. Dopiero jak przekraczają granice światów, stają
się wampirami którzy łakną krwi. Lorna przykryła córkę pledem, podeszła do okna
, otworzyła je i zlustrowała okolice wzrokiem.
- Boże zlituj się –
wyszeptała spoglądając w niebo. Tej nocy księżyc lśnił przedziwnym blaskiem,
jakby ostrzegawczo. Lorna na dłuższą chwile zapatrzyła się w jego srebrzystą
tarcze. Drogą szedł jakiś nocny wędrowiec. On również patrzył na księżyc, w
pewnym momencie stanął i spojrzał prosto na nią. Chciała się cofnąć, ale ze
zdziwieniem zobaczyła, że mężczyzna delikatnie skinął jej głową. Cóż to może znaczyć, pomyślała. Czekała co będzie
dalej, nie spuszczając oczu z obcego wampira. Wyostrzony zmysł wzroku pozwolił
jej dojrzeć, że mężczyzna był już w bardzo podeszłym wieku. Miał długą śnieżnobiałą brodę, i niezwykle mądre wejrzenie
niebieskich oczu. Lorna nie wyczuła w nim żadnego niebezpieczeństwa.
Obserwowany wędrowiec, ruszył do wrót domu. Lorna szybkim ruchem zamknęła
okiennicę i wybiegła z komnaty córki. Zbiegając po schodach, złapała w holu
długi płaszcz i otworzyła drzwi.
- Witaj panie – rzekła,
dygając lekko przed przybyszem. Starzec odwzajemnił gest, składając głęboki
ukłon. Lorna cofnęła się by go wpuścić.
Mężczyzna uważnie rozglądał
się po holu.
- Spotkała was w życiu wielka
tragedia Pani – powiedział nagle.
Lorna znieruchomiała.
- Skad Panie wiecie? –
zapytała szeroko otwierając oczy
- Czuję to. Duch tego
domostwa i Pani rodziny przemawia do mnie. – odparł zagadkowo – Śmierć nadal
depcze wam po piętach – dodał.
Lorna patrzyła na niego z
niedowierzaniem.
- Kim Panie jesteście? –
zapytała
- Zwą mnie Archibald –
odrzekł i zaczął chodzić powolnym krokiem po calym pomieszczeniu. W pewnej
chwili spojrzał na szczyt schodów i zmarszczył
brwi mrużąc oczy. Lorna nie spuszczała z niego wzroku, odniosła
wrażenie, że ma do czynienia z kimś wyjątkowym. Serce jej podpowiadało że ów
mężczyzna kogos szuka.
- Czy jest tylko Pani w domu?
– zapytał Archibald, gładząc swoją bujną brodę.
Lorna pokręciła głową
- Nie. Mąż i dzieci
odpoczywają, mieli bardzo trudny dzień – odpowiedziała, otulając się szczelniej
peleryną.
- Niech ich Pani zbudzi –
głos Archibalda był stanowczy. Lorna popatrzyła na niego z ogromnym
zaskoczeniem.
- To bardzo ważne – dodał
widząc wahanie kobiety, które szybko
przemieniło się w zrozumienie. Szybkim krokiem wbiegła po schodach na
piętro. Weszła do komnaty którą dzieliła z mężem.
Gordon otworzył oczy.
- Cóż się stało najdroższa? –
zapytał podnosząc się z posłania> Lorna w skrócie opowiedziała mu o
przybyszu .
- Ciekawe. Zbudź chłopców i
Sophie. A ja z nim porozmawiam – powiedział Gordon. Schodząc z e schodów
obserwował przybysza , który z zainteresowaniem przypatrywał się obrazom. Gdy
zauważył Gordona złożył mu pokłon. Gordon zrobił to samo.
- Czym możemy Panu służyc? –
zapytał
Archibald przez chwilę
rozmyślał nad odpowiedzią.
- Przychodzę w imieniu Ducha
Przyszłości. Ważną rzecz mam wam do powiedzenia.
W tym momencie do holu weszli
Aaron i Edgar. Młodzi mężczyźni wymienili ze sobą zdziwione spojrzenia.
Archibald spojrzał na Aarona.
- Ty synu jesteś Naznaczony –
rzekł – To tobie przypada zadanie odnalezienia Pogromczyni Ciemności –
powiedział – Pozwólcie że opowiem wszystko od samego początku - dodał
widząc niepewność i zdumienie na twarzy
Aarona. Gordon wzkazał ławe. Starzec z westchnieniem usiadł na niej i
zlustrował uważnie twarze wszystkich trzech mężczyzn.
- Tak… z całą pewnością to Ty poprowadzisz nas ku świetności - wyszeptał z zadumą wpatrując się w Aarona
– To Ciebie wskazał Kryształ. Przed wieloma wiekami, zanim władze objęła Czarna
Królowa, na tronie zasiadał Król Leonard, który był władcą dobrym i
sprawiedliwym. Jego żoną była piękna
Oliwia. Pod ich opieką ,Królestwo rozkwitło, a mieszkańcy żyli w szczęściu i zgodzie. Tak było przez
około czterysta lat. Pewnej zimy przybyła
do zamku, młodziutka dama o pięknych bursztynowych oczach i włosach białych jak
śnieg. Król był wobec niej bardzo podejrzliwy, według niego jej oczy skrywały
ciemność. Królowa zaś, istota przepełniona miłością od razu polubiła przybyła panienkę.
Mianowała ją na swoja dwórkę. Spędzały ze sobą wiele czasu. Wszystko było
dobrze do pewnego słonecznego dnia. Wtedy to Król Leonard wyjechał, odwiedzić
swój lud w okolicznych wioskach. Królowa Oliwia została w zamku, gdyż jej
błogosławiony stan nie pozwalał na podróże. Wieczorem siedząc na fotelu i uśmiechając się na myśl o
dziecku, usłyszała hałas. Zaniepokojona lekkim krokiem wyszła z komnaty na
korytarz, chcąc zobaczyć czy wszystko w porządku. Biedna nie zdążyła zamknąć
drzwi, gdy ktoś chwycił ją za gardło od tyłu. Chciała krzyknąć, ale napastnik
zakrył jej usta. Ostatnie, co zobaczyła był błysk ostrza, które w ułamku
sekundy zostało zatopione w jej sercu. Rankiem przyszła służka by pomóc się
ubrać swej Pani. Gdy znalazła ją przy królewskiej komnacie, ujrzała martwą
monarchini. Cios w serce nie był jedynym ciosem, jaki został zadany. Zabójca
przeszył również jej brzuch , dokładnie w miejscu gdzie znajdowało się malutkie
serduszko maleństwa. Gdy Król wrócił i dowiedział się o tragicznej śmierci swej
małżonki, wpadł w rozpacz i gniew. Wydał rozkaz by odnaleść tego, który
pozbawił go największego szczęścia. Przez cały dzień siedział w komnacie żony i
tulił do siebie jej suknie. Wieczorem skierował się do biblioteki by rozpaczać
nad swa niedolą. Nawet nie przypuszczał że za chwilę spotka go mrożacę krew w
żyłach odkrycie i straszna śmierć –
powiedział Archibald, kończąc swą opowieść. Gordon, Aaron i Edgar byli w
głębokiej zadumie. Lorna i Sophia które dołączyły do mężczyzn płakały nad losem
rodziny królewskiej.
- To strasznę, jak można być,
ąż tak przesiąkniętym złem, by zabić. Och, tak mi żal tego nienarodzonego
dziecięcia – szepnęła Lorna. Sophia jej przytaknęła ocierając łzy.
- Czy tą młodą dama była
Wirginia? – zapytał Aaron.
Archibald pokiwał głową.
- Tak, Wirgina we własnej
osobie. Ta kobieta od początku miała wszystko zaplanowane, zanim jeszcze weszła
na dwór Króla Leonarda – odpowiedział ze zastanowieniem – Przypuszczam ze nie
znacie Przepowiedni Onterego? – zapytał nagle.
- Nie mędrcze. Opowiedz nam o
niej. – poprosił Gondor ujmując dłoń żony.
Archibald przymknął oczy.
- Jakieś siedemdziesiąt lat,
po objęciu władzy przez Wirginie, jeden ze sług Królowej Oliwi, Onter przez
kilka tygodni miał ciągle ten sam sen. We śnie widział Wirginię i jej coraz
bardziej krwawe i okrutne rządy. Widział także istotę którą określił jako „ Nie
z Tego Świata” . Wyglądała podobnie jak my, a jednak się różniła była inna.
Istota ta w jego śnie, zabija Wirginie i wtedy nastają Nowe Czasy. Wielkie
Czasy Pokoju. Całą swoją senna wizję spisał. W jego zapiskach pojawia się słowo
Portal, które określa jako Wrota do Innych Światów – powiedział otwierając
gwałtownie oczy. Wszyscy przyjęli to znak końca opowieści.
Sophia miała szeroko otwarte
oczy.
- To istnieją inne światy? –
zapytała z osłupieniem patrząc na Archibalda.
- Z całą pewnością Panienko –
odparł, był nieco rozbawiony wyrazem twarzy dziewczyny. Zdołał też zauważyć
nadzieje w oczach Lorny.
- Gdzie znajdują się owe
wrota? – zapytał Gordon, zerkając na
żonę i córkę
- Jak przypuszczam na
Południowy Wschód od Doliny Śmierci,, gdzieś w Górach Demonów… Tak mówią opisy
Ontera. Za Wrotami znajduję się Pogromczyni Ciemności – odpowiedział mędrzec.
Aaron zerwał się z ławy, i
zaczął chodzić w te i z powrotem po izbie. Czuł że ma ważne zadanie do
wykonania, od którego zależy los Królestwa. Coś mu podpowiadało, że nie może
zawieść, i że musi przyprowadzić Pogromczynie Ciemności.
- Kiedy mogę wyruszyć? –
zapytał krzyżując ręce na piersi. Starzec uśmiechnął się lekko, widząc zapał
wojownika.
- W każdej chwili Aaronie,
lecz muszę Cię ostrzec. Wyprawa w inne światy niesie ze sobą ryzyko – głos
Archibalda stał się złowrogi – tuż po przekroczeniu Wrót, zmienisz się nie do
poznania. Staniesz się na wpół umarły. Będziesz żył nocą. Ogarnie Cię żądza
krwi. Będziesz niebezpieczny dla tamtejszych mieszkańców.
Aaron patrzył z nad
półprzymkniętych powiek na mędrca.
- W jaki sposób poznam
Pogromczynie Ciemności? – zapytał zdecydowanym tonem, pocierając policzek
dłonią.
- To już sam musisz odkryć
mój chłopcze. Zadanie odnalezienia i rozpoznanie Pogromczyni przypada Tobie. Na
mnie już czas przyjaciele, ale zanim odejde chcę ci coś dać Aaronie –
oznajmił Archibald sięgając do kieszeni
peleryny z której wyjął amulet na złotym grubym łańcuszku. Amulet składał się z
większego kręgu i dwóch mniejszych,po obu stronach. pośrodku dużego kręgu
znajdował się trójkątny rubin, z którego trzech boków, biegły promienie. Miedzy
promieniami znajdowały się małe diamenty. Cały medalion wyglądał na bardzo
kosztowny. Widać było, ze twórca włożył w jego wykonanie całe serce. Wszyscy
zebrani z zapartym tchem, podziwiali urzekające aczkolwiek dziwnę piękno
amuletu. Aaron wyciągnął po niego rękę ,i przesunął palcami po mniejszym kręgu.
W momencie gdy go dotknął, amulet rozbłysł jasnym światłem, a rubin zaiskrzył
się czerwonym blaskiem. Aaron znieruchomiał. Wtedy właśnie zrozumiał, ze może
się wszystko dobrze ułożyć. Archibald uśmiechnął się szeroko i włożył amulet do
dłoni Aarona.
- Od tej pory Kryształ Maga, należy
do Ciebie. Uczyniłeś pierwszy krok ku
wolności Królestwa Aaronie synu Gordona. Ale przed Tobą jeszcze długa i
niezwykle trudna droga ku zwycięstwu. Zapewne wiele razy otrzesz się o śmierć,
lecz Królestwo Istot Nocy w Ciebie wierzy. Nie wątpię, że ci się uda pokonać Zło.
Niech Kryształ ma Cię w opiece. – rzekł i rozpłynął się w powietrzu. Aaron
otworzył dłoń w której ściskał amulet upadł na kolana i zaszlochał. Po jego
policzku zaczęły płynąc łzy. Lecz to nie były gorzkie łzy smutku, ani żalu. Te
łzy były łzami Nadziei. Nadziei na wolność…
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńNie, nie i jeszcze raz NIE. Nie przeczytam tego opowiadania, choćby nie wiem jak było dobre. A domyślasz się, dlaczego? OTÓŻ TO. Zostawiłaś spam na moim blogu. Och, no trudno, to się zdarza, ale... WŁAŚNIE DLATEGO MAM NA BLOGU SPECJALNĄ ZAKŁADKĘ. Nazywa się "spam".
UsuńWłaśnie zauważyłam, że pod prologiem jest komentarz podpisany moim nickiem. Nie wiem, skąd się tam wziął, bo nigdy nie piszę jednolinijkowców, jakkolwiek krótkie rozdziały by nie były. Chyba muszę porozmawiać sobie z siostrą...
Mimo wszystko pozdrawiam i życzę mnóstwa czytelników. ;)
AHA, NO ROZUMIEM, :) i Dziękuję
Usuń