Zapraszam wszystkich chętnych, do naszkicownia głównych bohaterów,..Jak waszym zdaniem wyglądają,Na początek wasze wyobrażenia Virgini :) rysunki proszę przesyłać pod adres;
filipinka93@wp.pl.
Pozdrawiam cieplutko
:) eyela93
poniedziałek, 20 maja 2013
piątek, 17 maja 2013
Powiadomienie
Witajcie moi drodzy!
Chciałam powiadomić was że jestem w takcie pisania III Rozdziału mojej opowieści. Zachęcam do czytania i dawania opinii :) Pozdrawiam cieplutko.
Chciałam powiadomić was że jestem w takcie pisania III Rozdziału mojej opowieści. Zachęcam do czytania i dawania opinii :) Pozdrawiam cieplutko.
środa, 8 maja 2013
2
Rozdział II
W lesie panowała cisza, śnieg pokrywał
korony drzew. Które uginały się pod jego ciężarem. Zima była łagodna tego roku.
Weronika uwielbiała
spacerować i podziwiać zimowy krajobraz. Była 8 rano. Tego dnia swojm zwyczajem
wybrała się na spacer, idąc słuchała muzyki na MP4 i rozglądała się po okolicy.
Na jednym z drzew dostrzegła wiewiórkę, która utkwiła w niej swe małe czarne
oczka. Dziewczyna się uśmiechnęła i zrobiła ostrożny krok do przodu, lecz małe
rude stworzonko spłoszone uciekło na następne drzewo i zniknęło jej z oczu.
Weronika przez chwilę patrzyła się w
miejsce gdzie zniknęła. Wciągnęła głęboko powietrze do płuc. Nigdy nie mogła
zrozumieć ludzi, którzy nie cierpieli zimy. Według niej dużo tracili, nie
doceniając piękna tej pory roku. Zima była taka magiczna że swoją wszechobecną
bielą. Delikatnym ruchem odgarnęła z czoła swoje blond włosy i uniosła twarz ku
koronam drzew. Śnieg stworzył prawdziwy balchadim nad lasem. Poczuła na swych długich czarnych
rzęsach płatki śniegu. Stała tak kilka minut z zamkniętymi oczyma. Gdy je
otworzyła sięgnęła po telefon, zbliżała się 9 rano. Musiała wracać. O 11 była
umówiona ze swoją przyjaciółką Julią. Miały się spotkać w małej wiejskiej
knajpce. Od najmłodszych lat trzymały się razem. Szybkim krokiem skierowała się
do domu. Po niecałych dwudziestu minutach siedziała w kuchni i popijała z kubka
gorąca czekoladę. Chciała się rozgrzać przed ponownym wyjściem.
- Hej siostra – powiedziała
Majka wchodząc do kuchni.
Jak zwykle wyglądała
zniewalająco. Swoje ciemno blond włosy związała w koński ogon. Ciemnoniebieskie
oczy podkreśliła eyelainerem. Miała na sobie biały golf z krótkim rękawkiem i
czarne dżinsy rurki podkreślające jej długie smukłe nogi. Była ładną i seksowną
dwudziestoczteroletnią dziewczyną o miłym usposobieniu. Weronika skinęła jej
głową. Majka nalała sobie do wysokiej szklanki sok pomarańczowy i usiadła
naprzeciw młodszej siostry.
- Jak tam? Jakie masz plany
na dziś? – zapytała odstawiając szklankę na stół
Weronika wbiła w nią
spojrzenie.
- Idę do knajpy. Mam się
spotkać z Julią.
- No to fajnie – stwierdziła
Majka stukając paznokciem o szklankę.
Weronika patrzyła na
wypielęgnowane dłonie siostry po czym upiła łyk czekolady.
- Majka, jak myślisz znajdę
kiedyś prawdziwą miłość? – zapytała nagle płonąc rumieńcem.
Majka przechyliła na bok
głowę.
- Napewno. Jestem tego w stu
procentach pewna siostrzyczko. Musisz tylko cierpliwie czekać – odpowiedziała z
uśmiechem i sięgnęła po pomarańcze
Z Mateuszem była już cztery
lata. Byli fajną i barwną para. A co najważniejsze bardzo się kochali. Na
wiosnę mieli razem zamieszkać. Chcieli wynająć mieszkanie w samym centrum
Warszawy. Weronika uważnie obserwowała siostrę. Przypomniały się jej lata
dzieciństwa. Majka w tamtych czasach była pulchną pieguską z trądzikiem i dwoma
krótkimi mysimi warkoczykami. Mimo to była pełną radości jedenastolatką, za którą
wszyscy przepadali ze względu na poczucie humoru i życiową energię. I właśnie
ta sympatyczna pieguska broniła małej Weroniczki. A trzeba wiedzieć że Weronika
już w dzieciństwie była przeciwieństwem starszej siostry. Była chuda jak patyk,
sama skóra i kości, Jej mlecznobiała skóra była lekko przezroczysta. Jasne,
krótko obcięte włosy sterczały na wszystkie strony świata. Wspomnienie sprawiło
że Weronika zachichotała . Majka popatrzyła na nią zaskoczona uśmiechając się
niepewnie.
- Cóż Cię tak rozbawiło mała?
– zapytała, wrzucając do ust cząstkę pomarańczy.
- Nic, zupełnie nic.
- Werka, no proszę powiedz
mi.
- Wspominam dawne czasy
Majeczko.
- Aha, przypomniało ci się
dzieciństwo jak mniemam.
- Zgadłaś bestyjko. Dobra
Majka ja idę się przebrać i lecę – powiedziała Weronika nachylając się nad
stołem i cmoknęła swoją siostrę w policzek po czym poszła „ skocznym” krokiem
do swojego pokoju. Szybko się przebrała w kaszmirowy sweterek i obcisłe
niebieskie spodnie. Usta pociągnęła ochronna pomadką i chwyciła fioletowy
płaszczyk i torebkę. Wychodząc z domu natknęła się na Mateusza. Chłopak uśmiechnął
się swoim zniewalającym uśmiechem, ukazując piękną biel zębów.
- Cześć Weronika – przywitał
się, wyciągając z bagażnika swojego auta jakąś paczkę.
Weronika odwzajemniła
uśmiech, zastanawiając się co tez może w niej być. Zapewne Mateusz, znów miał
jakąś niespodziankę dla Majki. Tych dwoje, naprawdę bardzo się kochało.
Weronika była pewna że w przyszłości będzie miała super szwagra, a Majka
cudownego męża. Mateusz był bardzo przebojowym i przystojnym chłopakiem, o
pięknych ciemnobrązowych oczach.
Miał dwadzieścia sześć lat i
skończył studia na wydziale Architektury w Akademii Sztuk Pięknych. Był
utalentowanym młodym mężczyzną. Przepięknie rysował i malował. Kilka jego rysunków
miała Majka. Jeden nawet dostała Weronika. Rysunek przedstawiał dwa małe kotki.
- Co tam u Ciebie? – zapytał
Mateusz
- A nic ciekawego.
Pogadałabym z Tobą, ale muszę lecieć. Majka prawdopodobnie siedzi w swoim
pokoju – odpowiedziała Weronika przepuszczając Mateusza w drzwiach.
- Aha, no to na razie Werka –
chłopak posłał jej kolejny olśniewający uśmiech na pożegnanie . Był naprawdę
uroczy. Weronika po dziesięciu minutach szybkiego marszu dotarła do baru
„Królewiec”. Od razu w wejściu, przy jednym ze stolików dostrzegła Julkę,
oprócz niej w knajpce było jeszcze trzy osoby, które popijały piwo i oglądały
jakąś meksykańską telenowelę. Stojąca za barem kelnerka wycierała szklanki i
kufle, zerkając co jakiś czas na telewizor. O tej porze, nie miała wiele do roboty. Duży ruch zaczynał się
dopiero w godzinach popołudniowych i wieczornych. Bar funkcjonował już od ponad
czterdziestu lat, mieścił się w starym powojennym magazynie, który odnowiono.
Budynek prezentował się nienagannie. Sala utrzymana była w ciepłych barwach.
Ściany były pomalowane na żółto, a na stolikach były czerwone obrusy. Każdy
stolik zdobił pozłacany świecznik. Był nawet wydzielony parkiet do tańca.
Weronika podeszła do lady i zamówiła czarną kawę. Potem podeszła do stolika,
przy którym czekała na nią Julka, i z głębokim westchnieniem usiadła na
krześle. Julia uniosła brwi i się uśmiechnęła.
- Hej. Fajnie że jesteś –
powiedziała, wyciągając z kieszeni dżinsów papierosy – Nudy, co nie? – zapytała
zapalając jednego.
Weronika zakasłała, dając tym
do zrozumienia, że wolałaby żeby przyjaciółka nie paliła, ale Julia to
zignorowała z łobuzerskim błyskiem w oku. Weronika przewróciła oczyma.
- No – powiedziała tylko.
Julia zmrużyła oczy.
- Może zamówimy coś
mocniejszego? – zapytała
- No niewiem. Możemy się
napić – stwierdziła Weronika, zakładając nogę na nogę.
- Ok. Pani Magdo, poproszę
dwa drinki Królewskie z dodatkiem lodu – zawołała Julia do kelnerki. Kobieta
uniosła wzrok z nad swojego zajęcia.
- Już, zaraz wam przyniosę –
odpowiedziała odstawiając wytartą do sucha szklankę pod ladę.
Drink Królewski był
wysokoprocentowym alkoholem
przygotowanym z najlepszego gatunku wódki, whisky i soku malinowego z
dodatkiem cytryny i lodu. Kelnerka przyniosła drinki do stolika kołysząc
łagodnie biodrami. Jej długie czarne włosy sięgały pośladek. Była atrakcyjną
kobietą po trzydziestce. Jedyny mężczyzna w barze, nie odrywał od niej wzroku.
Julia upiła łyk, podanego
drinka i skupiła całą swą uwagę na Weronice, która dostała ostrego ataku kaszlu
przez dym. Julia zaciągnęła się po raz ostatni i zgasiła papierosa.
- Poznałam fajnego faceta –
oznajmiła nachylając się ku przyjaciółce – Adam mu na imię – dodała.
- Cieszę się, opowiedz mi o
nim – poprosiła Weronika.
- Cóż mogę ci powiedzieć.
Jest przystojny, miły, idealny po prostu. Trenuję piłkę nożną.
- Aha. Wiele mi nie
powiedziałaś. Ale brzmi nieźle – stwierdziła Weronika, odrzucając do tyłu
włosy, po czym zanurzyła usta w drinku.
- Nieźle to mało powiedziane
Werka, gdybyś go zobaczyła to byś zemdlała z wrażenia. Jest prawdziwym ciachem,
miary samego Johnego Deppa. Ósmy cud świata, mówię ci kochana. Istny
cukiereczek, chodzący afrodyzjak. Apollo normalnie. Żyć nie umierać – Julia
zaczęła się coraz bardziej rozkręcać. Trajkotała jak najęta. Opowiedziała
szczegółowo Weronice jak zapoznała się z nową zdobyczą. Dziewczyna grzecznie
wysłuchała jej opowieści, od czasu do czasu kręcąc z niedowierzania głową.
Starała się ukryć ukłucie bólu w sercu spowodowanego brakiem chłopaka. Od
dziecka marzyła o prawdziwej miłości, jaka istnieje tylko w bajkach. Nagle
przypomniała sobie sen który nawiedził ją ostatniej nocy.
Śnił się jej pięknie
zbudowany mężczyzna o długich czarnych włosach. Nie widziała jego twarzy, gdyż
był od niej odwrócony plecami. Potem naglę się obudziła, z dziwnym przeczuciem,
którego nie umiała dokładnie zinterpertować. Jednego była pewna, ów mężczyzna
był ideałem. Wiedziała to, choć nie zobaczyła jego oblicza. Uśmiechnęła się do
swoich myśli.
- Werka, czy Ty mnie
słuchasz? – zapytała nagle Julka, dziwnie się jej przyglądając.
Weronika zamrugała
kilkakrotnie oczyma.
- Tak, tak – powiedziała
pośpiesznie biorąc duży łyk drinka. Skrzywiła się i zakasłała – Diabelnie mocne
– wykrztusiła.
Julia zachichotała.
- Co, Ty gadasz Werka. Drink
jak drink – powiedziała potrząsając szklanką, w której zagrzechotały kostki
lodu – Ale wracając do Adama.. kochana Ty musisz koniecznie go poznać. –
dodała.
- No, myslę że będę miała ku
temu okazje. – odpowiedziała Weronika z błyskiem w oku.
W tym momencie otworzyły się
drzwi i do środka wkroczył miejscowy „Playboy” z ładną filigranową brunetką,
zawieszoną dosłownie na jego szyi. Panna wyglądała na mocno wstawioną. Wzrok
miała rozbiegany i cały czas chichotała. Weronika wymieniła z Julią spojrzenia.
Nieznajoma dziewczyna z ledwością pokuśtykała w stronę stolika. Idąc potknęła
się o własne nogi, ale jakimś cudem udało się jej odzyskać równowagę, nie
przestawała się wciąż śmiać. Chłopak podszedł do baru i poprosił niezbyt
zadowoloną panią Magdę o dwie setki czystej wódki i sok pomarańczowy na przepitkę.
Czekając na zamówienie, rozglądał się po sali. Gdy spojrzał na Weronikę i
Julię, puścił im oczko.
- Cześć dziewczyny. Może do
nas dołączycie? – zaproponował.
- Dzięki, ale nie –
odpowiedziała Weronika.
Julia spojrzała na nią ze
złością.
- Mów za siebie, ok.? –
wysyczała, po czym zwróciła się do chłopaka – Ja chętnie się dosiąde –
powiedziała. Nie zwracając kompletnie uwagi na przyjaciółkę podeszła do
zadowolonego faceta.
Weronika westchnęła, to ja
zabolało. Oczywiście doskonale wiedziała że Julia uwielbia flirtować z
przystojnymi mężczyznami, ale jej zachowanie i tak uraziło przyjaciółkę.
Dziewczyna obserwowała chwilę Julkę. Towarzyszce mężczyzny, wyraźnie popsuł się
humor. W oczach miała autentyczną złość i smutek. Nagle wstała i podeszła
smętnym krokiem do Weroniki.
- Hej. Jestem Domi a Ty? –
zapytała czkając.
- No cześć. Weronika.
- Twoja koleżanka zabrała mi
faceta – ton głosu Dominik był oskarżycielski. Patrzyła na Weronikę zbolałym
wzrokiem. Z bliska wydawała się być miłą dziewczyną, która przesadziła trochę z
alkoholem. Jej krótkie czarne włosy, sterczały na wszystkie strony, a łagodne
szaroniebieskie oczy były zamglone, na policzkach miała rozmazaną mascare.
Weronika przywołała na twarz dobrotliwy uśmiech.
- Nie przejmuj się, taki ma
charakter – powiedziała – Skąd jesteś?
Dominika odwzajemniła
uśmiech, ale po chwili znów miała posępną minę.
- Z Poznania – odpowiedziała.
- Rozumiem. Wiesz, ja to
uciekam. Widzę, że moja przyjaciółka w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Trzymaj
się – Weronika uprzejmie pożegnała się z nową znajomą. Przed wyjściem położyła
dziesięcio złotowy banknot na stoliku i wyszła z baru. Było zimno, Weronika
rozejrzała się wokół.
- Weronika! Czekaj! –
usłyszała nagle, tuż za nią szła Julia – Przepraszam – dodała widząc ponurą
minę przyjaciółki. Weronika wzruszyła ramionami i bez słowa ruszyła dalej.
Jakoś nie miała ochoty na rozmowę z Julią choć ta przeprosiła. Coraz bardziej
się od siebie oddalały i nic nie mogły na to poradzić. Więzy je łączące pomału
zaczęły się zacierać. Cała przyjaźń blakła, z każdym dniem. Obie dziewczyny
miały swoje zajęcia. Weronika prace, a Julia uczelnie. Każda miała swoje życie.
Nie umiały już ze sobą nawet rozmawiać, choć bardzo starały się podtrzymywać
konwersację, ale kończyło się tylko na
pogaduszkach o chłopakach, potem zapadało milczenie. Całkowity rozpad
przyjaźni zbliżał się nieuchronnie. Julia widząc obojętność, z powrotem wróciła
do baru, posyłając za oddalającą się przyjaciółką przeciągłe spojrzenie.
Wszystko z wolna się sypało. Gdy Weronika była już prawie w domu, poczuła ze
jej słabo. W jej głowie rozległ się przedziwny aczkolwiek dźwięczny głos który
zaśpiewał:
Wiele upłynęło dni,
Od nastania Złych Czasów.
Wiele
Krwi nieszczęsnych,
Istot
przelano.
Lecz
oto rodzi się w bólu,
Nadzieja.
Gdy głos zamilkł, osłabienie
przeszło. Weronika sama nie wiedziała, co się właściwie wydarzyło. Jednego była
pewna, głos opływał w dobroć i słodycz. Był tak piękny, że miała zapamiętać go
do końca życia. Nigdy nie słyszała piękniejszego dźwięku, niż ów głos. Głos
Nieziemskiej Istoty. Była nim urzeczona, a jednocześnie było to trochę
przerażające. Czuła ze głos przekazał jej jakąś wiadomość.
- Mamo! – zawołała, wchodząc
do domu. Zajrzała do kuchni matki nie było – Jesteś mamo?! – powtórzyła,
podpierając boki rękoma.
Usłyszała, że ktoś schodzi po
schodach. Po chwili w drzwiach stanął wysoki mężczyzna.
- Cześć tato. Gdzie mama? –
zapytała cmokając ojca na powitanie w policzek
- Pojechała z Majką i
Mateuszem. Stało się cos? – głos ojca był zatroskany.
- Tak. Stało się.. Tatusiu,
stało się coś dziwnego – odpowiedziała Weronika i zaczeła nucić słowa, które
usłyszała. Ojciec patrzył na młodszą córkę zaskoczony.
- Usłyszałam głos. Niezwykle
piękny, który zaśpiewał mi tą pieśń – wyszeptała.
- Weroniczko, córeczko czy Ty
coś piłaś?
- Tylko jednego drinka tatku.
A wracając do domu, poczułam się słabo, i pojawił się ten głos. I mam wrażenie,
że dostałam jakieś niezwykłe przesłanie, tego co ma nieść dla mnie przyszłość.
Czuje, ze stanie się coś ważnego – wyjaśniła Weronika sięgając po czekoladowe
ciastko – Ale to jeszcze nie wszystko – dodała przełykając mały kęs.
- Jest coś jeszcze? – zapytał
z niepokojem ojciec, obserwując badawczo córkę.
- Tak. Jest jeszcze sen.
- Sen? Jaki znowu sen? – w
oczach ojca dało się ostrzec coraz większe zdumienie.
Weronika kiwnęła głową, i
uśmiechnęła się niepewnie.
- Śnił mi się mężczyzna o
długich, czarnych włosach i o pięknym ciele – odpowiedziała, zjadając do końca
ciastko – Ale nie rozmawiajmy o tym – dodała po głębszym zastanowieniu. Do
końca dnia myślała o pieśni.
***
Norina Da Lorse była piękną
kobietą o brązowych kręconych włosach, sięgających do połowy pleców i dużych
błyszczących piwnych oczach. Wywodziła się z bogatego rodu i była jedyną
ocalałą dwórką Królowej Oliwii. Za życia swej Pani, była najbliższą jej
powiernicą i przyjaciółką. Historia ich przyjaźni zaczęła się gdy niespełna
dwudziestoletnia Norina została wybrana spośród ponad trzystu najzamożniejszych
panien, na Pierwszą Damę Dworu Królowej
Oliwii. Monarchini była zachwycona niezwykle zabawną i miłą dziewczyną o
śniadej cerze. Norina nie mogła powstrzymać łez szczęścia, z lekkim okrzykiem
radości, padła na kolana i ucałowała obie dłonie swej Pani.
- Wasza Wysokość, Tyś
najpiękniejszą gwiazdą naszego Królestwa, a Miłość Twoja niewyczerpana, jest
najczystszą ze wszystkich miłości, od zarania naszych dziejów – wyszeptała
patrząc z oddaniem w lazurowe oczy uśmiechniętej Królowej, która w odpowiedzi
uwolniła swą delikatną dłoń, przyobleczoną w jedwabną białą rękawiczkę, i
dotknęła nią policzka Noriny.
- Norina, moja słodka dwórka
– powiedziała tylko.
Przyjaźń rozkwitała, każdy
dzień przepełniony był radością. Norina nawet nie myślała, że to się skończy,..
że w Królestwie zapanuje zło, które odbierze życie wielu niewinnym istoto. W
chwili gdy dowiedziała się o śmierci Królowej, a później Króla Leonarda, wpadła
w głębsza rozpacz, która nie miała dna.
Ból był niewyobrażalny. Wirginia.. kobieta, którą Królowa przyjęła z otwartymi
ramionami zadała niewybaczalny cios zdrady, całemu Królestwu.
A wszyscy tak jej ufali,
wszyscy dali się jej omamić. Tylko Król Leonard, zachował trzeźwość umysłu.
Tylko on jedyny zdołał dojrzeć zło czające się pod piękną cielesną powłoką.
Czuł ze stanie się coś strasznego, ale widząc czułość żony skierowana do
białowłosej kobiety, oddalił od siebie niepokój, który i tak powracał za każdym
razem na widok Virgini. Po śmierci Rodziny królewskiej odbyła się masowa
egzekucja wszystkich dworzan. Norinie udało się przeżyć, gdyż włożyła na siebie
strój strażnika. I właśnie w tym przebraniu patrzyła z rosnącym przerażeniem na
śmierć swoich przyjaciół wampirów, którzy tak jak ona kochali zamordowaną
Rodzinę Królewską. Widziała jak kat bez skropułów ścina głowy bezbronnym
kobietom i mężczyznom, rozchlapując po całym dziedzińcu niewinną krew, tych
którzy byli wierni Królowi Leonardowi i jego małżonce Królowej Oliwii do samego
końca. Nawet niebo płakało nad ich losem, a wiatr zawodził wśród drzew,
śpiewając swą żałobną pieśń. Jeszcze tego samego dnia, pod osłona nocy Norina
uciekła z dworu, pozbywając się stroju strażnika, gdy zniknęła z zasięgu wzroku
straży. Szła wiele godzin, aż upadła wyczerpana w leśnej głuszy. W tej chwili
pragnęła umrzeć. Płakała wbijając palce w ściółkę. W końcu zasneła, znaleźli ją
czterej mężczyźni , którzy zabrali ją do samotnej chaty, ukrytej wśród drzew
głęboko w puszczy, gdzie nikt się nie zapuszczał. Przez całą wędrówkę spała,
podtrzymywana na koniu przez jednego z mężczyzn, który okrył ją swym płaszczem.
Nie obudziła się nawet, gdy dotarli na miejsce. Kilka kobiet rozebrało ją z
przemoczonych ubrań. Były pełne współczucia. Nie chcąc jej budzić, ułożyły ją
na łożu i okryły szczelnie kołdrą, po czym wymknęły się po cichu z izby by
przygotować strawę dla mężczyzn. Norina spała głębokim snem, przez wiele
godzin. Gdy otworzyła w końcu oczy, z lekkim strachem i zaskoczeniem rozejrzała
się po sypialni. Była sama. Wokół panował spokój. Gdy odrzuciła kołdrę,
zauważyła ze ma na Sobie skromną brązową koszule. Nagle do pokoju weszła
kobieta, która z miłym uśmiechem spojrzała na Norinę.
-Och, widzę że już się Pani
obudziła – powiedziała – Proszę się nie bać, nie mam złych zamiarów. Jestem
Kala – dodała widząc strach i nieufność Noriny. Była ładna. Miała miłą okrągłą
twarz, którą okalały kruczoczarne włosy, upięte w luźny kok. Była też nieco
pulchną i niewysoką kobietą o dobrotliwym i mądrym spojrzeniu turkusowych oczu.
Norina odwzajemniła niepewnie uśmiech.
- A Ty jak masz na imię
drogie dziecko? – zapytała Kala przyglądając się Norinie.
- Norina… Norina Da Lorse –
odpowiedziała Norina.
Kala otworzyła szeroko oczy.
- Jest Pani szlachetnie
urodzona. Przepraszam… Na pewno nie jest Pani przyzwyczajona do tak
prymitywnych warunków – powiedziała, zataczając ręką koło.
-Droga Kalo, nie ma Pani za
co przepraszać, to mi nie przeszkadza. Bardzo dziękuje, za troskę, jest Pani
bardzo miła – rzekła Norina, uspokajając zawstydzoną Kale. Norina z miejsca ja
bardzo polubiła.
- Za chwilę podajemy
wieczerze, zapewne jest Pani głodna. Czy zje Pani z nami. Mężczyźni przynieśli
dziczyznę i trochę ryb. A do picia mamy piwo korzenne. Nic wyszukanego, ale
zaspokaja głód. – Kala była nieco onieśmielona.
- Z wielką przyjemnością,
zjem pani rodziną i przyjaciółmi.
- Cudownie. Zawołam moją
córkę, to przyniesie jakąś suknie. Pani odzienie jeszcze nie wyschło. Było
całkowicie przemoczone. Będziemy na Panią czekać – powiedziała Kala, kierując
się z ukłonem do drzwi. Po kilku minutach Norina, ubrana w suknie córki Kali,
zeszła na wieczerze. Przy stole siedziało około 20 osób. Wszyscy zebrani
spojrzeli w jej stronę. Norina wyczytała w ich twarzach zaciekawienie i
życzliwość. W powietrzu unosił się apetyczny zapach mięsa i piwa.
- Niech Pani usiądzie –
powiedział jeden z mężczyzn wskazując wolne miejsce, między dwiema miło wyglądającymi
kobietami. Norina usiadła i przyjęła od swojej sąsiadki miskę z dziczyzną.
Zauważyła, że niema żadnych sztuccy, wszyscy jedli palcami. Zrobiła to samo,
wkładając niewielkie kawałki do ust. Mięso było soczyste i niezwykle
aromatyczne. Rozpływało się w ustach. Przy stole panowało milczenie. Gdy
wieczerza dobiegła końca, Kala i jej córka wstały i zaczeły zbierać naczynia. Rudowłosy
mężczyzna upił łyk piwa i skupił swą uwagę na Norinie.
- Smakowało Pani? – zapytał.
Norina skinęła lekko głową.
- Tak, dziękuje. Mięso było
bardzo dobre – pochwaliła splatając dłonie na stole - Gdzie ja jestem?
- W kryjówce buntowników.
Walczymy o wolność całego Królestwa. Moja żona Kala mówiła, że ma Pani na imię
Norina. Kilku mężczyzn znalazło pania na skraju lasu. Była Pani nieprzytomna.
Jak to się stało ze znalazła się pani na tym odludziu?
Norina przymknęła oczy.
- Uciekłam. Byłam dwórką
Królowej Oliwii. Wszyscy dworzanie zostali ścięci, ja zdołałam uciec –
wyszeptała i zapłakała, chowając twarz w dłoniach. Wszystkie kobiety wymieniły
między sobą przerażone spojrzenia, a córka Kali Tily upuściła glinianą misę,
która stłukła się z głośnym trzaskiem. Była blada jak ściana. Kala
zaniepokojona hałasem, wbiegła do izby i objęła córkę.
- Kalo, zabierz Tily –
polecił Dercon, patrząc z czułością na żone i córkę.
Kala wyprowadziła struchlałą
ze strachu Tily. Reszta kobiet wybiegła za nimi, zamykając za sobą grube,
dębowe drzwi.
- Źle, się dzieje w naszym
ukochanym Królestwie. Dużo Pani przeszła , dlatego proszę z całego serca, żeby
pani tu została. Tu będzie pani bezpieczna. Moja żona to dobra kobieta, reszta
niewiast również. Chce żeby pani wiedziała że my wszyscy jesteśmy pani
przyjaciółmi – głos Dercona był przyjacielski i bardzo zatroskany. Norina
uniosła ku niemu twarz, miała zaczerwienione oczy.
- Ma pan dobre serce. Jak ja
się wam odwdzięczę. – rzekła ocierając delikatnie łzy. Czuła że może być
spokojna, przynajmniej na razie. Z wielką wdzięcznością wstała od stołu,
przepraszając Dercona, i wyszła do niedużego holu, w którym siedziały kobiety
zajmując dwie długie ławy. Kala widząc Norie, podeszła do niej i mocno ją
przytuliła.
- Będzie dobrze kochanie.
Pamiętaj, że nie wolno nigdy tracić nadziei – szepnęła i uśmiechnęła się
pokrzepiająco. Dercon miał racje. Jego żona była ciepłą kobietą o złotym sercu.
Norinę ogarnęło wspomnienie o matce.
Daliene Da Lorse, była
szlachetną kobietą. Kochała córkę ponad wszystko. Ale została brutalnie
zgwałcona i zamordowana, gdy Norina skończyła 22 lata. Straszne przeżycie
zostawiło rysę na sercu wrażliwej Noriny. Bardzo tęskniła za ukochaną matką,
która była piękna jak kwiat. Miała alabastrową skórę bez żadnej skazy. Długie
brązowe loki, które upinała w wysoki kok i czarne jak węgiel oczy. Nosiła
najdroższe i najpiękniejsze suknie, jakie szyte były w całym Królestwie. Jej
pasją było szycie. Zaprojektowała swojej jedynaczce, prześliczne suknie i
płaszczyki. Norina je uwielbiała. Ich materiał był delikatny i miły w dotyku.
Matka potrafiła wyczarować prawdziwe cuda. Była dumna z Noriny, że Królowa
Oliwia wybrała ją na Pierwszą Damę Dworu. Daliene była silną kobietą, nigdy się
nie poddawała. Nawet jak opuścił ją mąż Telin dla Lily La Tauzen , która sypiała z
wieloma mężczyznami o szlachetnym pochodzeniu, nie uroniła ani jednej łzy.
Powiedziała tylko, że takie sytuacje dają lekcje, które z czasem wychodzą na
dobre. Potem nie związała się z żadnym mężczyzną. Chciała sama sobie być panią.
W tym czasie rozkwitła, osiągnęła pełnie szczęścia jako kobieta i matka. Córka
była jej największym skarbem, któremu poświęciła całą swą uwagę. Norina była
bardzo oddana matce. Bardzo cierpiała po jej śmierci. Miała złamane serce.
Królowa Oliwia, najsłodsza istota jaką znała starała się złagodzić ból swojej
dwórki, którą ukochała jak siostrę.
- Wygląda, pani bardzo
mizernie – stwierdziła Kala, wyrywając Norie z zamyślenia – A może przygotować
Tobie kąpiel moja droga? – zapytała unosząc brwi. Norina się uśmiechnęła.
- Tak, myśle ze powinnam się odświeżyć.
Czy któraś z kobiet mogłaby mi pomóc?
- Ależ, oczywiście. Zaraz
zaniesiemy gorącą wodę – powiedziała Kala i przeszła do kolejnego
pomieszczenia. Norina dostrzegła w nim ogień paleniska. Nad którym stał ogromny
kocioł. Domyśliła się, że jest w nim woda. Kala pochyliła się nad nim z dzbanem
w ręku.
- Saro! Rino! Zanieście wodę
na górę – zawołała.
Dwie z siedmiu siędzących
kobiet wstały i poszły po napełnione dzbany. Niecałe pięć minut później,
wszystko było gotowe do kąpieli. Norina z błogim uśmiechem zanurzyła się w
wodzie. Za parawanem siedziała Rina i nuciła jakąś melodie. Jej obecność
zadziałała na Norie kojąco. Wciąż miała przed oczyma, umierających przyjaciół.
Wirginia nie znała litości. Była okrutną kobietą, którą ogarnęła żądzą władzy.
Bez wahania zabijała każdego kto się jej
sprzeciwił, lub nie uznał jej władzy. W krótkim czasie zyskała zwolenników,
głównie mężczyzn, którzy byli jej kochankami. Nigdy nie stroniła od uciech
cielesnych. A liczba tych których uwiodła tylko potwierdzała jej lubieżność.
Wszyscy ci mężczyźni, byli gotowi zrobić dla niej wszystko. Byle tylko przyjęła
ich znów do swego łoża. Zabijali z rozkoszą, gdy dostali od niej taki rozkaz.
Norina się wzdrygnęła, woda
zaczęła już stygnąć. Zanurzyła głowę w wannie, po czym zaczęła masować włosy,
używając lawendowego mydła by je umyć. Poczuła się trochę lepiej, ale straszny
obraz nie zniknął. Wiedziała, że nigdy nie zniknie. To czego była świadkiem,
stało się nieodłączną częścią jej życia. Podkuliła nogi, objęła je ramionami i
zaczęła niepohamowanie płakać.
- Panienko Norino? –
usłyszała zaniepokojony głos Riny – Czy wszystko w porządku?
Norina pociągnęła nosem.
- Ciągle mam przed oczyma,
egzekucje moich przyjaciół. Tych których kochałam ponad wszystko. Najpierw moja
ukochana matka, potem Królowa Oliwia i Król Leonard a teraz oni. Los kpi sobie
ze mnie… Rino czy to się kiedyś skończy? Czy kiedykolwiek będzie tak jak
kiedyś?
- Serce mi pęka na myśl, co
panienka przeszła. Nastały straszne czasy. Czasy bólu, śmierci i wielkiego
niezwykle okrutnego zła, ale musimy wierzyć całym sercem Norino, że będzie
dobrze i że to się skończy. Kala zawsze powtarza, że nigdy już nie będzie tak
jak kiedyś, ale będzie lepiej niż jest teraz i należy pokładać w tym ufność –
odparła Rina poważnym tonem.
- Och, Rino obyś miała racje
– powiedziała Norina stając na nogi – Mogłabyś podać mi ręcznik? – poprosiła
łagodnie z lekka zachrypniętym głosem.
Rina weszła za parawan i
pomogła Norinie, owinąć się ręcznikiem, gdy była sucha podała jej do
przyodziania koszule nocną. Potem Norina siadła przed lustrem, i zaczęła
rozczesywać swoje długie piękne włosy. Mokre sprężynki przylegały do jej
twarzy, co dodało jej jeszcze większego uroku. Nie zdawała sobie sprawy jaka
jest piękna. Ciemną karnację, koloru czekolady z mlekiem odziedziczyła po swoim
ojcu. Jej uroda była egzotyczna. Gdy była na Dworze Królewskim, wielu mężczyzn
zabiegało o nią.
Królowa Oliwia, pragnęła
wydać ją za prawowitego człowieka. Chciała żeby ukochana przyjaciółka, miała
dobrego męża i by była szczęśliwa. Norina po dokładnym wyszczotkowaniu włosów
odprawiła Rine, i położyła się do łóżka. Prawie natychmiast zasnęła. Kolejne
dni upływały jej, na rozmowach, gotowaniu, praniu, haftowaniu i spacerach. Nie
działo się nic złego. Nikt niepożądany nie odkrył kryjówki buntowników. I tak
minęło kilkaset bezpiecznych lat życia Noriny w ukryciu, wśród niezwykłych i
wspaniałych przyjaciół. Dzięki nim, uwierzyła w lepsze czasy. Zdawała sobie tez
sprawę, że dawna świetność Królestwa nie
powróci, los przywróci tylko jej część, ale to i tak było bardzo dużo. Norina i
jej przyjaciele cierpliwie czekali by wykonać właściwy krok.
***
Aaron, obudził się wczesnym
rankiem, spał tylko niecałe trzy godziny. Był podekscytowany wizytą Archibalda..
Planował wyruszyć na swoją misje w ciągu kilku dni. Miał mu towarzyszyć Edgar.
Nie chciał zabierać nikogo więcej. To było zbyt niebezpieczne. Podróż konno do
Doliny Śmierci, zajmowała sześć dni. Aaron wszedł do stajni i skierował się do
boksu, w którym stał jego wierzchowiec. Młody ogier, był pięknym zdrowym i
silnym zwierzęciem o kruczoczarnej sierści, i miodowej łatce na głowie w
kształcie półksiężyca.
- Witaj przyjacielu. Wkrótce
czeka nas niebezpieczna misja – powiedział Aaron dotykając chrap
majestatycznego stworzenia, które zarżało radośnie, na jego widok. Nie zauważył
jak do boksu wszedł Edgar, a tuż za nim Lionel.
- Bracie, Lionel chce
wyruszyć z nami – oznajmił Edgar
- Że co, słucham?! Lionelu
czyś Ty rozum postradał? To zbyt niebezpieczne, nie chcę Cię narażać. Masz
narzeczoną, która niebawem zostanie Twoją zoną – powiedział stanowczo Aaron.
- A dlaczego Ty wyruszasz,
skoro mówisz o niebezpieczeństwie? – odwarknął Lionel.
- Ponieważ jest nadzieja na
pozbycie się Wirginii, a tak w ogóle niemam nic do stracenia odkąd niema
Elleny, Od jej śmierci, również i ja jestem martwy – wyjaśnił Aaron, na jego
twarzy odmalował się ból, gniew i przerażająca obojętność.
- Aaronie jestem Twym
przyjacielem…
- Masz rację, Lionelu jesteś
moim przyjacielem i dlatego też zostajesz tutaj. To jest moje ostatnie słowo –
wtrącił Aaron przerywając przyjacielowi – Nami by mnie znienawidziła, jakby coś
ci się stało – dodał łagodniejszym tonem, wychodząc ze stajni. Lionel i Edgar
szli obok niego. Kierowali się w stronę areny, na której zebrała się już spora
gromadka wojowników.
- Witajcie chłopcy.
Chwytajcie za broń, powinniście już trenować – zawołał Aaron przypatrując się
im z uwagą. Po chwili rozległ się szczęk stali ocierających się o siebie
mieczy. Patrząc na nich, Aarona napawała duma. Mężczyźni byli zaciekli, opanowani i bardzo groźni. Ich
ruchy wzkazywały że z łatwością mogli zadać śmierć. Byli potężnymi wojownikami.
Kilku przychodziło z leśnej kryjówki. Ich przywódcą był bardzo silny i odważny
Dercon, który był serdecznym przyjacielem Gordona. Aaron zobaczył że jeden z
wojowników Dercona przypatruję się mu. Wyglądał jakby się wahał, w końcu się
zbliżył.
- Aaronie, mój Pan Dercon
prosi żebyś przybył niezwłocznie do naszej kryjówki – powiedział wsuwając miecz
do pochwy.
- Powiedz swemu Panu, że
przybędę jeszcze dziś przed zachodem słońca – odparł Aaron. Wojownik skłonił ku
niemu głowę i pobiegł na drugą stronę areny odwiązał swojego konia i
pogalopował na wschód, gdzie na dalekim horyzoncie, znajdował się las. Aaron
zastanawiał się cóż pilnego ma mu do przekazania Dercon. Zawołał Edgara i
poprosił, by zajął jego stanowisko. Chciał porozmawiać z ojcem. Znalazł go
przechadzającego się po dziedzińcu domostwa.
- Ojcze! – zawołal
podbiegając do niego.
- Tak Synu? – zapytał gordon
zerkając na Aarona.
- Jeden z wojowników Dercona,
przekazał mi, ze jego Pan chce mnie widzieć. Zanim słońce zajdzie ruszam do ich
kryjówki, chciałbym żebyś pojechał ze mną – odparł Aaron, stając gwałtownie w
miejscu. Ojciec zrobił to samo i spojrzał z powagą w oczy syna.
- Dobrze synu. To co ma do
przekazania Dercon, jest na pewno bardzo ważne, gdyż bez żadnego poważnego
powodu nie kazałby Tobie gnać na złamanie karku. Poza tym, chętnie zobaczę się
z moim drogim przyjacielem. – powiedział i uśmiechnął się niepewnie. Również on
głęboko wierzył w wyzwolenie całego Królestwa, z pod władzy Czarnej Królowej.
Archibald na nowo rozpalił płomień nadziei w sercach całej rodziny. Gordon wraz
z synem poszedł do domu, w którym Lorna
przyrządzała posiłek. Była ubrana żółtą atłasową suknie przewiązaną w
tali białą szarfa. Swoje hebanowe włosy, rozpuściła . Nowonarodzona nadzieja
zaczęła sprawiać cuda. Gordon, patrzył z
zachwytem na żonę.
- Mój Boże, toż to anioł –
szepnął
Był pełen podziwu.
Aaron również był zachwycony
zmianą, która zaszła w matce. Wiedział że właśnie powróciła ze świata umarłych,
do którego odeszła, już za życia. Miał całkowitą pewność, że bez Pogromczyni
nie będzie mógł powrócić. Sumienie by mu na to nie pozwoliło. Musiał zwyciężyć.
Gdy wraz z ojcem się posilił przepyszną sarniną duszoną w ziołach, osiodłali
konie i wyruszyli na spotkanie z Derconem. Podróż zajęła im dwie godziny drogi.
Przekraczając skraj lasu zsiedli z swych wierzchowców, resztę drogi pokonując
pieszo. Niedługo potem zobaczyli wśród drzew chatę zbudowaną z drewnianych bali
mającą parter, piętro i strych. W drzwiach czekała na nich niewysoka kobieta.
- Witaj, droga Kalo –
powiedział Gordon, całując jej dłoń. Ta w odpowiedzi zarumieniła się uroczo na
ten gest.
- Witajcie. Mój mąż już na
was czeka – powiedziała uśmiechając się promiennie. Po czym lekko stąpając poprowadziła przybyszów do kuchni, w której stał Dercon. Jego
muskularne ramiona opinała luźna lniana koszula, a do pięknie ukształtowanych
długich nóg przylegały bryczesy. Całości dopełniały wysokie, lśniące czarne
buty sięgające tuż pod kolano.
Na widok Gordona w dwóch
krokach pokonał dzielącą ich odległość, i go serdecznie uściskał.
- witaj mój przyjacielu. Jak
miło mi Cię widzieć – powiedział śmiejąc – Jak się miewa Twoja żona? – zapytał
kładąc dłonie na ramionach Gordona, po czym znów go uściskał.
- Lorna, czuję się dobrze
Derconie – odparł Gordon – wzywałeś mojego syna – dodał.
Dercon przeniósł spojrzenie
na milczącego Aarona.
- Ach, tak…Aaronie muszę z
Tobą omówić pewną sprawę . Doszły mnie słuchy, że jest nadzieja na pokonanie
Wirginii. Ojciec panny Naomi , przekazał mi że wyruszasz w podróż, by odszukać
niejaką Pogromczynie Ciemności. Dlatego chce, żeby ktoś ode mnie Ci
towarzyszył.
Aaron pokręcił głową.
- Stanowczo protestuje, to
niebezpieczne – odparł krzyżując ramiona na piersi, jego postawa wyrażała upór
Dercon tylko tyko się lekko
uśmiechnął i ciężko westchnął.
- Aaronie, ja nalegam. Mam
wspaniałą osobę, która może okazać się bardzo przydatna – powiedział.
- Synu, zgódź się, Dercon to
rozsądny mężczyzna. Nie wysyłał by nikogo, jakby nie był pewny swoich racji –
rzekł Gordon przyłączając się do prośby
Dercona.
Aaron spoglądał to na
jednego, to na drugiego, potem zamknął oczy. Po czym postanowił zabrać ze sobą
jednego z wojowników.
- Dobrze, więc. Ale któż to
taki?
- Panna Da Lorse –
odpowiedział Dercon z nutką dumy w głosie.
- Kobieta?! Na Boga toż to delikatne stworzenie. Jakże
sobie ona poradzi? – wykrzyknął Aaron ze zgrozą.
- Poradzi sobie znakomicie. Umie
doskonale władać mieczem. Była dwórką Królowej Oliwii.
- Dobry Boże .. To na dworze
uczono ją wojować?
- Nie. To moi wojownicy ją
tego nauczyli. Uwierz mi Aaronie, to silna kobieta, Kiedyś zasłynie przez swoje
bohaterstwo. Zaraz ją przyprowadzę. – powiedział Dercon i wyszedł z chaty. Gdy
zamknęły się za nim drzwi, Aaron spojrzał na ojca.
- Niewiem czy to jest dobry
pomysł – mruknął – Trudno mi uwierzyć, w to co mówi Dercon, wydaję mi się to
absurdalne.
- Za chwilę się przekonamy.
Chociaż i ja mam w głębi serca wątpliwości – odpowiedział Gordon przyglądając
się z zastanowieniem synowi.
Chwile później wrócił Dercon,
prowadząc za sobą ciemnoskórą dziewczynę
o inteligentnym spojrzeniu i burzą kręconych włosów.
Gordon i Aaron złożyli jej
głęboki ukłon, który wykonywano przed szlachetnie urodzonymi osobami, gdyż tak
nakazywała etykieta. Kobieta spojrzała na nich z zaciekawieniem i przeniosła
pytający wzrok na Dercona, który skinął jej zachęcająco głową i podał jej
miecz. W chwili gdy dotknęła pozłacanej rękoiści , oczom Aarona i Gordona
ukazał się wspaniały pokaz fechtunku. Żaden z nich, nie mógł oderwać od niej
zachwyconego i pełnego podziwu spojrzenia. Byli pod ogromnym wrażeniem jej
umiejętności. Dziewczyna była nieziemska.
- Jak Ci na imię panienko –
zapytał Gordon.
Dziewczyna spojrzała na niego
z radosnym uśmiechem.
- Norina, mój panie.
- Moja droga Norino, ma
panienka wspaniałe zdolności, których wielu wojowników mogłoby ci pozazdrościć.
Jestem pod wrażeniem. Poznaj mojego syna Aarona. To z nim wyruszysz na misję.
Aaron zbliżył się do Noriny i
ponownie się jej ukłonił chcąc okazać jej szacunek. Widząc to kobieta
wybuchneła śmiechem.
- Ależ, proszę pana.. proszę
się nie wygłupiać. Jeden ukłon w zupełności wystarczył. To zaszczyt , że mogę
Panu towarzyszyć w podróży Aaronie. Dercon stwierdził, że przyda się panu kobieca ręka, w sprowadzeniu i
zdobyciu zaufania Pogromczyni Ciemności – wyjaśniła. Nie mogła się doczekać,
czekającej ją przygody. Bardzo chciała pomóc Aaronowi w wykonaniu misji . Delikatnym ruchem
odrzuciła swoje lśniące brązowe włosy do tyłu, które zdążyły już bardzo
podrosnąć. Sięgały jej już do połowy ud. Była z nich dumna. Tily uwielbiała je
czesać. Aaron pomału zaczął przekonywać
się do propozycji Dercona.
Norina była kobietą, jej o
wiele łatwiej będzie przekonać Pogromczynie do przekroczenia wrót.
- Dobrze. Nie widzę żadnych
zastrzeżeń. Może się panienka przygotowywać do podróży. Wyruszamy jutro, po
zachodzie słońca- oznajmił Aaron. Pomyślał, że będzie mu raźniej mając u boku
brata i tę oto stojącą przed nim piękną
nieustraszoną niewiastę.. Czuł że podjął dobrą decyzję. Nic nie mogło go
powstrzymać, przed ratowaniem Królestwa. Norina mogła mu w tym bardzo pomóc. Z
całą pewnością mieli szanse na zwycięstwo.
wtorek, 7 maja 2013
1
Rozdział I
„A niech to szlag” pomyślała
Weronika patrząc na oddalający się PKS, którym codziennie wracała do domu. Tego
dnia prześladował ją pech. Nie dość ze się spóźniła na ostatni autobus, to
jeszcze w sklepie w którym pracowała jako ekspedientka stłukła butelkę bardzo
drogiego wina, za co nieźle się jej dostało od szefowej. Zastanawiała się co ją
jeszcze czeka. Z westchnieniem wyjęła z
torebki telefon i nacisnęła klawisz szybkiego wybierania.
Po kilku sygnałach połączenie
zostało odebrane.
- Halo?- usłyszała w
słuchawce.
Odetchnęła z ulgą słysząc
melodyjny sopran siostry.
- Hej Majka, przekaż mamie że
się spóźnię i żeby się nie martwiła – powiedziała siadając na ławce.
- Ok. Ale co się stało? –
zapytała Majka.
W tle było słychać śmiech
mamy. Weronika przymknęła powieki.
- Spóźniłam się na ostatni
autobus. Muszę już kończyć. Niedługo będę w domu. Pa! – już miała się
rozłączyć, gdy siostra ją powstrzymała.
- Czekaj mała. Zadzwonię do
Matiego i zapytam czy mógłby po Ciebie
podjechać. – dziewczyna miała już zaprotestować, ale Majka już się rozłączyła.
Nie pozostało jej nic innego, jak tylko czekać. Schowała telefon i rozejrzała
się po okolicy. Na przystanku była tylko ona. Nic dziwnego, gdyż była już
godzina 22.30. Poczuła że burczy jej w brzuchu, od obiadu minęło już wiele
długich godzin. Była bardzo głodna. Przypomniała sobie o batoniku zbożowym, którego kupiła
poprzedniego dnia w kiosku. Baton mógł minimalnie oszukać głód. „Dobre i to”
pomyślała, wyciągając go z torebki. Ugryzła kawałek roskoszując się delikatnym
cynamonowym smakiem. Chwile ciszy przerwał dzwonek telefonu.
- Tak? Słucham – zapytała grzecznie odbierając
połączenie
- Córeczko? Tu mama. Gdzie
jesteś? – Weronika uśmiechnęła się do siebie. Głos mamy zawsze dawał jej poczucie bezpieczeństwa .
- Na przystanku, uciekł mi
autobus. – odparła patrząc na swoje paznokcie które pomalowała lakierem w
kolorze lawendy, kolor ten przypadł jej szczególnie do gustu. Uspakajał ją. W
jakieś gazecie przeczytała, że kolory mają duży wpływ na życie. Coś w tym było.
- Och skarbie, mam nadzieję,
że nie kręcą się koło Ciebie podejrzane osoby. Teraz jest tak niebezpiecznie
wszędzie – głos mamy był zatroskany. Weronika wiedziała że się martwi o nią.
- Nie martw się mamo. Nic mi
nie będzie – powiedziała uspokajającym tonem.
- Majka dzwoniła do Mateusza,
podjedzie po Ciebie w ciągu 20 minut córeczko. Uważaj na siebie. Do zobaczenia
kochanie.
- Pa mamo.
Po zakończeniu rozmowy
Weronika wsunęła dłonie do kieszeni kurtki. Musiała czekać jeszcze 20 minut na
chłopaka siostry. Liczyła na to ze uda mu się dotrzeć wcześniej. Zdążyła już
porządnie zmarznąć. Z nudów uniosła głowe i się zamyśliła patrząc na czarne jak
smoła niebo.
***
Aaron stał zamyślony, przyglądając się treningowi
swojego ukochanego brata Edgara. Był wspaniałym wojownikiem. Ale jeszcze
lepszym wampirem. Tak Edgar miał dobre serce. Tkwił w nim ogromny potencjał,
który Aaron zauważył już dawno temu. Sam należał do najlepszych wojowników
klanu Północnych Ziem. On i Edgar byli synami Gordona mającego już czterysta
lat i pięknej Lorny liczącej sobie lat trzysta siedemdziesiąt. Bracia mieli
jeszcze cudownej urody siostrę o imieniu
Sophia, która skończyła zaledwie sto lat. Obaj kochali ją bezgranicznie. Z
pozostałej czwórki rodzeństwa pozostała tylko ona. Seamus, Wolter i Hilda
zostali zabici w dolinie. Lorna cierpiała straszliwie, po utracie połowy swoich
dzieci. Codziennie błagała los o ich pomszczenie. Ich zabójczynią okazała się
Wirginia, zwaną Czarną Królową. Oprócz rodzeństwa zostało zamordowanych ponad
pięćdziesięciu wampirów. Zrozpaczonej Lornie i reszcie rodziny udało się zbiec.
Od tego wydarzenia minęło pół wieku, jednak ból nie zelżał ani trochę. Do
Aarona, podeszłą Sophia. Jak zwykle w jej zielonych oczach widział ogromny
smutek. Siostra najbardziej była podobna do matki. Miła równie wielka
wrażliwość . Swoje piękne czarne włosy związane miała w długi warkocz. Gdy
Aaron ją zauważył, wspieła się na palce i ucałowała go w policzek. Oboje spoglądali
w milczeniu na Edgara. Sophia, zerkała co jakiś czas na Lionela. Była nim
zauroczona . Lecz on nie wracał na nią uwagi, gdyż swe serce oddał zjawiskowej
Naomi. Z tego powodu, Sophia cierpiała jeszcze bardziej.
- Sophio zapomnij o Lionelu.
On świata nie widzi , poza Naomi – powiedział Aaron, zerkając z troską na
siostrę, która spojrzała na niego lekko zaskoczona.
- Wiem. Ależ ja jestem
nieszczęśliwa! – wykrzyknęła, w jej oczach lśniły łzy. Była taka delikatna.
Aaron objął ją i mocno przytulił. Tyle już wycierpiała.Za każdym razem widząc
ognistorudą Naomi, wybuchała płaczem. Wszyscy mężczyźni interesowali się tą
pięknością. Zawsze była otoczona przez adoratorów, którzy patrzyli na nią z
nieskrywanym zachwytem. Sophia chociaż była piękna, nie miała wielbicieli.
- Nie płacz, siostrzyczko .
Jeszcze spotkasz miłość swojego życia. Jesteś piękną niewiastą. – szepnął Aaron
Miał racje, problemem było to
że zamknęła się w sobie. Brak jej było pewności siebie. Dawna tragedia
odznaczyła się boleśnie, na jej wrażliwym sercu. Straciła swą dawna radość, być
może już na zawsze. Z dawnej pięknej
wampirki , której uśmiech nie schodził z twarzy mimo ciężkich czasów, pozostało
tylko pomału blaknące wspomnienie. Przez ostatnie pół wieku ani razu się nie
uśmiechnęła. Z całego serca nienawidziła Czarnej Królowej. Która miała na
sumieniu tyle niewinnych istot.
- Ach, Aaronie, ale ja go
kocham. – wyszeptała Sophia, przełykając łzy
- Wiem że kocha Naomi, lecz kocham go mimo tego. – dodała zamykając
oczy.
Aaron ujął jej śliczną malęńką
dłoń, i złożył na jej czułku braterski pocałunek . Nie puszczając dłoni siostry
przeniósł wzrok na Lionela. Mężczyzna czyścił swój miecz. Jego jasne włosy
lśniły w promieniach słońca. Patrząc na nie miało się wrażenie że są ze złota.
Sophia była pod wrażeniem jego urody. Podziwiała jego piękne atletycznie
zbudowane ciało, i piękne jasnobłękitnę oczy. Gdy skończył czyszczenie miecza
wstał i ruszył w kierunku Aarona.
- Witajcie mój drodzy –
przywitał się z szacunkiem, oglądając się za ramię. Sophia wpatrywała się w
niego szeroko otwartymi oczyma. Był tak blisko. Serce jej pękało z bólu wiedząc
że nie może być jej. Lionek był całkowicie oddany swojej Naomi. Byli już ze
sobą nawet zaręczeni. Chcieli wstąpić w zwiążek małżeński.
- Witaj, coraz lepiej władasz
mieczem Lionelu – odparł Aaron, wyczuwając niema rozpacz siostry.
Lionel spojrzał na niego z
szerokim uśmiechem na swej pięknej twarzy.
- A jakże! W końcu wywodzę się z walecznego rodu Suchadów –
rzekł wybuchając gromkim śmiechem
Aaron zauważył, że Sophia
spuściła wzrok i boleśnie westchnęła.
Lionel spojrzał na nią z
zaskoczeniem.
- Czy coś się stało, Sophio? – zapytał przenikliwie się jej
przyglądając. Dziewczyna puściła rękę brata i cofnęła się krok do tyłu.
- Nie...Ja już pójdę –
wykrztusiłą powstrzymując łzy cisnące
się do jej oczu. Zasłaniając twarz jedwabnym szalem pobiegła ku domostwu.
- Biedna Sophia – powiedział
do siebie Aaron – Lionelu postoisz tu chwilę? – rzekł, patrząc na bardzo
zdziwionego Lionela. Po czym ruszył, za siostrą. Dogonił ją koło stajni, stała
oparta o ścianę i szlochała .
- Sophio, nie płacz, pęka mi
serce widząc Twój smutek – powiedział dotykając jej policzka – Już…spokojnie.
Wszystko będzie dobrze – kontynuował nie spuszczając z niej oczu. Sophia
zaczęła się uspokajać
- Tak bardzo, bym chciała
poczuć się kochana. Poznać tą miłość, jaką Ty kochałeś Ellene – powiedziała
cichutko, nieco drżącym głosem. Patrzyła przed siebie. Aaron, stanął bez ruchu,
słysząc imię swojej ukochanej. Przypomniał sobie jej piękne złote loki, w których
często zanurzał twarz. Zaczął pogrążać się we wspomnieniach…Stał nad jeziorem i przyglądał, się gromadce
pląsających dziewcząt. Szczególnie jednej, ślicznej jasnowłosej dziewicy,
przyobleczonej w zieloną suknie. Była taka niewinna i cudowna. W pewnej chwili
spojrzała w jego stronę, ale bardzo szybko się odwróciła zmieszana. Jedna z jej
towarzyszek nachyliła się ku niej,
zaczęły chichotać, chwyciły się za ręce i pobiegły w strone lasu.
Wieczorem tego samego dnia podczas wieczerzy, Gordon spojrzał na swojego syna z
uśmiechem,
- Synu, czuję że w Twojm życiu dzieję się coś
szczególnego – powiedział, patrząc na zdziwionego Aarona – Zauważyłem jak
patrzysz, na Ellene. – dodał
- Jest bardzo piękna niewiastą ojcze. Pełną wdzięku.
Obserwuję ją od paru tygodni. Jest wspaniała – odparł Aaron
Gordon pokiwał głową.
- Masz rację. Wiem ze ją kochasz. Powiedz jej to,
zanim ci ktoś ją zabierze z przed nosa.
…To były piękne czasy…
Aaron otrząsnął się ze
wspomnień.
- Siostrzyczko, na
prawdziwą miłość warto czekać. Muszę wracać do Edgara. – rzekł
i odszedł w stronę placu. Sophia chwile za nim patrzyła, potem się odwróciła i
wbiegła do domu.
***
Zadzwonił budzik, Weronika
pomału otworzyła oczy, i sięgnęła ręką do szafki nocnej, na której stał by go
wyłączyć. Przez przypadek strąciła zapachowa świeczkę. Z lekkim ociąganiem
podniosła się z posłania. Zamglonym wzrokiem rozejrzała się po pokoju ,
odrzuciła kołdrę i zsunęła stopy na ziemie. W tej samej chwili do pokoju wpadł
żywy huragan.
- Ej, no! – wykrzyknęła,
patrząc ze złością na Majkę, która w odpowiedzi zachichotała.
- Wreszcie się obudziłaś. Już
jest 12. Jedziesz z nami na zakupy? Muszę sobie kupić nową kieckę – powiedziała
przysiadając na brzegu łóżka . Weronika nic nie odpowiedziała. Majka zaczęła
się jej badawczo przyglądać.
- Siostra, co jest? –
zapytała
- Nic, po prostu nie czuję
się najlepiej – odpowiedziała Weronika przecierając oczy.
- No weź, nie żartuj Wera.
Ubieraj się i jedziemy.
- Czy Ty do cholery nie
rozumiesz?! Nigdzie nie jadę!
Majka wpatrywała się w
młodsza siostrę z otwartymi ustami.
- Nie to nie – odparła
urażonym tonem – Ja spadam. Nara – dodała pośpiesznie i obrażona wybiegła z
pokoju trzaskając drzwiami.
Weronika zaczęła żałować swej
gwałtownej reakcji. Niepotrzebnie się tak uniosła wobec swojej starszej
siostry. Postanowiła że ją przeprosi gdy wróci. Podeszła do okna i rosuneła
zasłony. Za oknem, była paskudna pogoda. Padał deszcz. Zadrżała, zerknęła na
stojące na parapecie niewielkie podręczne lusterko. Stwierdziła, że wygląda tragicznie, szybko więc wyjęła z
szafki szampon i żel. Chciała wziąć kąpiel. Wyszła na korytarz i zapukała do
drzwi łazienki, gdy nikt nie odpowiedział weszła do niej zamykając za sobą
drzwi na klucz. Rozebrała się, przyglądając
się swojemu ciału. W ostatnim czasie trochę przytyła, nabrała bardziej
kobiecych kształtów. Piersi wydawały się pełniejsze, a biodra nieco
zaokrąglone. Do tego pod względem psychicznym poczuła, się bardziej kobieca.
Wszyscy jej mówili, że wyładniała. Często wyrażali zachwyt nad zmianami w niej
zachodzącymi. Uśmiechnęła się lekko i odkręciła kurek z wodą. Przez chwile
czekała na odpowiednią temperaturę wody, i weszła do brodzika. Uniosła twarz,
ku strumieniowi wody, który spływał gorącymi strużkami po ciele. Nieświadome
dotknęła jedwabistej skóry i rozkosznie westchnęła. Zaczęła się zastanawiać,
jak to jest być z mężczyzną. Teraz pomalutku się dowiadywała o doznaniach,
których nigdy dotąd nie znała. Nagle zamarła. „Cholera o czym ja właściwie myślę.
Opamiętaj się dziewczyno. To temat tabu, dla mnie zakazany dopóki nie poznam
odpowiedniego mężczyzny” zbeształa samą siebie. Wzięła do ręki szampon ,nalała
go sobie na dłoń. Myła włosy masując delikatnie skórę głowy, gdy skończyła
spłukała pianę wodą. Kilka minut później odświeżona i zrelaksowana owinęła się
ręcznikiem. Włosy wysuszyła suszarką, potem przeszła do pokoju by się ubrać.
Założyła dżinsy, i czerwoną sportową bluzę. Zdecydowała się tez na lekki makijaż, oczy podkreśliła konturówką,
pomalowała też usta. Oceniła efekty, wzięła telefon i zbiegła do kuchni.
- Dzień dobry mamo –
przywitała stojącą przy stole mamę, która uśmiechnęła się promiennie na jej
widok.
- Dzień dobry córeczko.
Wyspałaś się? – zapytała.
Weronika nagle posmutniała.
- Tak mamo.
Matka spojrzała na nią z
troską.
- Źle się czujesz Weroniczko?
Jesteś jakaś blada.
Weronika pokręciła głową.
- Nie mamo, chodzi o Majkę.
Chyba ją uraziłam – głos Weroniki wzkazywał na ogromne przejęcie. Mając wyrzuty
sumienia, opowiedziała całe zajście. Matka słuchała jej, od czasu do czasu
kiwając głową, gdy Weronika skończyła mówić uśmiechnęła się czule.
- Och córciu, zawsze byłyście
wrażliwe na krzywdy drugiej. Majce na pewno przejdzie, w dzieciństwie gdy się
kłóciłyście to po chwili byłyście pogodzone. Jak wróci z zakupów, już nie
będzie pamiętała o tym - powiedziała – Znasz ją przecież – dodała, podchodząc
do lodówki. Weronika patrzyła na nią jak wyjmuje kurczaka. Matka była taka
mądra i dobra. Bez zastanowienia zerwała się z krzesła, podeszła do niej i ją
ucałowała.
- Dziękuję mamo. Kocham Cię.
– szepnęła jej na ucho, i z radosnym śmiechem się do niej przytuliła.
***
Koło 16 wróciła Majka.
Weronika słysząc na dole śmiech siostry, odłożyła książkę którą czytała.
Chciała porozmawiać i przeprosić siostrę za swój wybuch. Usłyszała że Majka
wbiega po schodach, stukając nowiutkimi szpilkami. Wzięła więc głęboki oddech i
policzyła do trzech uchylając drzwi.
- Majka, pogadamy? – zapytała
nieśmiało. Siostra przystanęła i podniosła na nią wzrok, na jej twarzy pojawił
się przyjazny uśmiech.
- Tak, możemy. Widzę, że ci
przeszło. Co tam? – odparła pytająco patrząc w oczy Weroniki. Dziewczyna
przygryzła wargę.
- Chciałam Cię przeprosić, za
to że się uniosłam – wyrzuciła, wbijając wzrok w podłogę.
Majka się jej dłuższą chwilę przyglądała, po czym rozłożyła
ramiona.
- Chodź tu moja mała
siostrzyczko – Weronika nie zastanawiając się ani chwili dłużej uściskała się
pojednawczo z siostrą. Mama się nie myliła, obie siostry, nie potrafiły się na
siebie długo gniewać. Były przyjaciółkami. Bardzo się kochały i starały się
sobie zawsze nawzajem pomagać. Mogły na siebie liczyć.
- Chodź Werka. Mam coś dla
Ciebie – Majka nagle pociągnęła Weronikę
w stronę swojego pokoju. Kilka toreb które niosła rzuciła na łóżko, i
zaczeła w nich szperać. Z jednej z nich wyciągnęła śliczną czerwoną sukienkę, z
dużą biała kokardą z przodu. Z okrzykiem zadowolenia podała ją siostrze.
Weronika dotknęła miękkiego materiału.
- Jest śliczna. Dziękuję! –
wykrztusiła.Była wzruszona, gestem Majki. Siostra zaśmiała się serdecznie,
widząc zaskoczoną minę Weroniki.- No dalej, przymierz ją - zachęcała, podskakując lekko jak mała
dziewczynka, biorąc od siostry ubranie, które właśnie zdejmowała. Chwile
później, Weronika miała na sobie sukienkę. Majka spoglądała na nią z zachwytem.
- Jesteś taka piękna –
zaszczebiotała wirując wraz z siostrą w szalonym tańcu, zaśmiewając się przy
tym do łez. Potem padły zmęczone na posłanie, a ich radosny śmiech roznosił się
po całym domu.
***
Gordon, uchodził za przystojnego
mężczyznę. Mądrego, o wspaniałym wnętrzu. Lorna pokochała go za serce
przepełnione miłością do niej. Tego wieczoru, stał koło okna, patrzą na
gwiazdy. Był w głębokiej zadumie. Wspominał trójkę swoich tragicznie zmarłych
dzieci i czarująca Ellene, która miała zostać jego synową. Aaron tak bardzo ją
kochał. Nawet teraz, gdy jej nie było wśród żywych. Gordon nawet nie chciał
myśleć jak bardzo cierpi jego syn, bo sam wiedział najlepiej. Czuł to samo.
Stracił ukochanych synów i córkę. Ból był nie do zniesienia. Wciąż widział ich
twarze. Każdego dnia o nich myślał. Codziennie przeżywał na nowo tamte
straszliwe wydarzenia.
- Mężu, dzieci pytały czemu
nie było Cię na wieczerzy – oznajmiła Lorna wchodząc do izby. Gordon odwrócił
się w jej stronę,
„ Lorno, moja najdroższa
ptaszyno, Ty też cierpisz, być może odczuwasz to bardziej dotkliwie niż my,
przez swoją wrażliwość. Tak bardzo bym chciał złagodzić Twój ból, ale to jest
niemożliwe, musimy z tym żyć. Wiem, że płaczesz po nocach, siedząc sama przy
kuchennym stole. Chociaż Ty myślisz, ze o tym niewiem. Musimy żyć ze
świadomością tej jakże straszliwej straty moja słodka różyczko” Pomyślał
patrząc w smutne oczy ukochanej żony.
- Chciałem posiedzieć w ciszy
i pomyśleć – powiedział, obejmując żonę.
Kobieta wtuliła się w jego
ramiona.
- Nasza córka, cierpi
bardziej niż dotychczas – rzekła, jej głos był przytłumiony. Gordon uniósł jej
piękną twarz ku swojej.
- Sophia odziedziczyła
wrażliwość po Tobie moja kochana Lorno. Nic dziwnego ze cierpi, najpierw
straciła braci i siostrę, a teraz doszła nieszczęśliwa miłość. Ona po prostu
chce być kochana – przemawiał łagodnie.
- Wiem mężu. Boję się o nią.
To nasza jedyna córka, jedyna która nam została. Nie możemy jej stracić. Więcej
bólu już nie zniosę. Ja umrę jak stracę kolejne dziecię. Serce matki bardzo
słabe jest, jeśli umiera dziecko to serce jej obumiera, aż w końcu bić
przestaje z żalu i bólu – Gordon zaczął gładzić żonę po włosach. Gdy zgodziła
się wiele lat temu wyjść za niego, był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Wtedy byli tacy szczęśliwi, nie mieli żadnych trosk i kłopotów. W tamtym czasie
nie wiedzieli o wielkim niewyobrażalnym cierpieniu, jakie ich czeka. Byli
szczęśliwi, ze są razem, myśleli ze szczęście ich nie opuści. Jednak bardzo się
mylili. Wirginia wpadła w szał, gdy wielu wampirów się przed nią nie ukłoniło,
mówiąc że nie będą jej służyć. Chcąc ich ukarać, zarządziła najazd na dolinę i
zabicie wszystkich jej mieszkańców. Domostwa zostały splądrowane i spalone wraz
z ciałami zabitych. Gordonowi Lornie i
pozostałym udało się uciec. Lecz Wolterowi, Seamusowi i Hildzie, szczęście nie dopisało.
Im pisana według przeznaczenia była śmierć. Od tamtej pory, wielu mężczyzn
postanowiło stać się wojownikami, którzy by w odpowiednim momencie zadali
śmiertelny cios Czarnej Królowej. Oni wszyscy nade wszystko pragnęli jej
obalenia. Chcieli zemsty. Wirginia zasługiwała na śmierć. To przez nią
cierpiała cała rodzina Gordona. Aaron i Edgar, codziennie trenowali, a
Sophia…Ach, nie było żadnego dnia żeby nie płakała…
Lorna patrzyła na męża z
ufnością, w swych oczach które przepełnione były bólem.
- Moja kochana, nie pozwolę
skrzywdzić nikomu naszej córki – powiedział delikatnie całując żonę w usta. W
tym momencie do izby wszedł Aaron, był zdenerwowany w dłoni ściskał mocno
kawałek pergaminu. Gordon i Lorna, spojrzeli na syna jednocześnie. Jego oczy
pałały gniewem. Bez słowa podał przedmiot ojcu. Był to list, z pieczęcią
należącą do Czarnej Królowej. Gordon rozwinął go niepewnie i zaczął czytać. A
oto treść owego listu:
Na chwałę Moją i Królestwa Istot Nocy,
Wydaję rozkaz by, odnaleźć wszystkich
Zbiegów z doliny, którzy pragną Mojej
Zguby. Wydaję na nich wyrok śmierci.
Rozkaz ten ma być wykonany bez zwłoki.
- Co za suka! – syknął – Synu skąd to masz?
- Kilkoro z naszych, znalazło
martwego wysłannika Virgini, list był przy jego ciele – odpowiedział Aaron.
- Cóż się stało mężu? –
zapytała z niepokojem Lorna. Aaron wyczuł w niej strach.
- Ta przeklęta gnida Virgina,
wydała na nas wyrok śmierci – powiedział uderzając pięścią w ścianę. Lorna
skamieniała i osunęła się, z głuchym łoskotem na ziemie..
- Matko! – krzyknął Aaron i
uklęknął przy matce. Jego krzyk usłyszał Edgar, który jak burza wpadł do
komnaty z gotowością do walki.
Spojrzał pytająco na ojca.
- Czarna Królowa, znów
rozpoczęła polowanie na nas – wytłumaczył Gordon.
- Niechże tylko dorwę tę
podłą kreaturę – warknął Edgar, zerkając kątem oka na brata. Lorna wciąż była
nieprzytomna.
Aaron oparł głowę matki na
swoich kolanach. Znów na nowo mieli przeżywać piekło? Nie mógł na to pozwolić.
Ogarnęła go żądza mordu. O nie… Nikt bezkarnie nie będzie krzywdził tych
których kocham. Pora wziąć sprawy w swoje ręce.
Nadszedł czas zemsty…
Virgina poniesie konsekwencje
swoich czynów.
***
Sophia siedziała w swojej komnacie
i rozczesywała włosy, rozmyślając o Lionelu. Podkochiwała się w nim już od
kilku lat. Wyobrażała sobie siebie przy jego boku, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że nie ona
jest mu przeznaczona. Z bolesnym westchnieniem, podeszła do ogromnego
pozłacanego lustra i zaczęła się przyglądać swojemu odbiciu. Miała na sobie
tylko cieniutką halkę. Jej włosy rozsypywały się po ramionach, opadając
delikatną kaskadą po plecach. Piękne, ogromne zielone oczy odzwierciedlały jej
samopoczucie.
Jej uwagę przykuł odbijający
się w lustrze portret, który przedstawiał jej siostrę.
Hilda miała przechyloną na
bok głowę, palcami obu dłoni rozczesywała swoje jasne włosy. Uśmiechała się
patrząc wprost na malującego ją artystę. Jej oczy były w tym samym odcieniu co
Sochy. Cechowała ją odwaga i upór. Od najmłodszych lat wykazywała zdolności, do
jazdy konnej i walki. W dzieciństwie, gdy Sophia i matka zajmowały się ręcznymi
robótkami Hilda galopowała na własnym majestatycznym rumaku po okolicznych
lasach i łąkach. Towarzyszyli jej zawsze wszyscy czterej bracia i ojciec.
Eleganckie kobiety z doliny, nie pochwalały takiego zachowania, według nich
panienka powinna być pokorna i posłuszna. Obowiązkiem każdej młodej
dorastającej kobiety, było przygotowanie się do roli dobrych żon i matek.
Wszystkie dziewczęta musiały być grzeczne i potulne. Co jak co, ale Hilda
grzeczna i potulna nie była. O nie! Pewnego razu pietnastoletnia Hilda zobaczyła syna sasiadki, który chciał
zabić małego szczeniaczka. Nie wiele myśląc, w wielkim gniewie podbiegła do
niego i go pchnęła. Chłopak przewrócił się, upuszczając trzymany w ręce nóż.
- Ty parszywy gadzie –
wrzasnęła – Co ci, to niewinne stworzenie zrobiło, piekielny pomiocie?! Rusz go
tylko, a Cię zabije – dodała wysuwając kły.
Chłopak wpatrywał się w nią
zdezorientowany, po chwili na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości.
- Grozisz mi Ty mała
smarkulo? – Odejdź stąd żmijo – wysyczał.
Hilda zbliżyła się
błyskawicznie do niegodziwca i drasnęła go
po twarzy nożem, którego zdążyła pochwycić. Chłopak zawył z bólu, i
zakrył krwawiąca twarz dłonią . Stojąca nieopodal kobieta słysząc krzyk,
podbiegła do nich.
- Cóż się stało? – rzekła z
przerażeniem, patrząc na młodzieńca. Ifor wskazał na Hildę. Jego matka
spojrzała na nią. Jej twarz zrobiła się purpurowa ze złości.
- Hildo Rendsow! Zraniłaś
mego syna! Nie ujdzie ci to na sucho! Już ja tego dopilnuję! – powiedziała, jej
oczy ciskały błyskawice.
Hilda się tylko zaśmiała
ironicznie. Ta dziewczyna miała dziki temperament, porywający i żywiołowy. Dla
rodziny była gotowa poświęcić życie.
Takie to wspomnienia kłębiły
się w głowie Sochy. Były takie różne, zupełnie do siebie niepodobne na pierwszy
rzut oka. Lecz łączyło je najważniejsze, miłość do bliskich. Każda okazywała to
na swój sposób. Ale czyż miłość nie ma wielu twarzy? Sophia bardzo podziwiała
swoją starszą siostrę. Hilda była wyjątkowa, jedyna w swojm rodzaju. Nię
spuszczając oczu z portretu, podeszła wolnym pełnym gracji krokiem bliżej
dzieła, i leciuteńko jak tchnienie wiatru przesunęła opuszkami swych długich
palców po namalowanej żywymi barwami twarzy siostry. Portret genialnie oddawał
charakter modelki i urodę. Odzwierciedlał jej siłę, odwagę, ambicje i
determinacje. Jednocześnie ukazywał jej łagodność i miłość wobec najbliższych.
Hilda była naprawdę bardzo piękna, jej pełne usta były barwy dojrzałej maliny.
Ktoś lekko zapukał. Sophia
szybko naciągnęła na siebie bladoniebieską koszule nocną, obszytą koronkami i
otworzyła drzwi. W progu stała matka. Przez dłuższą chwilę przypatrywała się
bacznie Sophi, po czym weszła do komnaty i usiadła na krześle przy okrągłym małym
stoliku. Sophia wyczuwając coś niepokojącego, usiadła naprzeciwko matki, i
milcząc czekała aż ukochana rodzicielka coś powie. Lorna tymczasem biła się z
myślami jak i czy w ogóle powiedzieć córce o rozkazie królowej. Była pewna, że
Sophia popadnie w jeszcze głębszą rozpacz. Chciała twego uniknąć, ale z drugiej
strony nie mogła niczego ukrywać. Bardzo bała się, co może się stać. Żadna z
tych decyzji nie była dobra. Z miłością patrzyła w oczy córki, tyle było w nich
smutku i żalu. W jednej chwili reszta odwagi ją opuściło.
- Sophio, chcę żebyś
wiedziała, że co by się nie stało ja zawsze będę Cię
Kochać – powiedziała tylko.
Sophia uniosła brwi
- Mamo, coś się stało,
prawda? – zapytała
Lorna pokręciła gwałtownie
głowa.
- Nie…Nic się nie stało –
powiedziała dobrze zdając sobie z tego
sprawę , że właśnie okłamała swoją córkę. Sophia jednak od razu zauważyła że
cos jest nie tak.
- Matko, powiedz mi proszę.
Wiem że cos się stało. Bardzo dziwnie się zachowujesz – poprosiła. Coś jej
podpowiadało że matka ma bardzo złe wieści.
Lorna popatrzyła na Sophie
zbolałym wzrokiem.
- Wirginia wydała rozkaz, by
zabić wszystkich zbiegów z doliny – wydusiła i ukryła twarz w dłoniach.
To było straszne…do Sophi nie
od razu dotarł sens słów matki. Przez chwilę wpatrywała się w nią
zdezorientowana, lecz po krótkim momencie w jej oczach pojawiło się ogromne
przerażenie. Zrobiło się jej słabo. To nie mogła być prawda. Nie mogła w to
uwierzyć. Wszyscy zginiemy, pomyślała…Boże wszyscy. Zaczęła przeraźliwie
krzyczeć, zakrywając uszy dłońmi. Wstała i rzuciła się na łóżko. Matka podeszła
do niej szeleszcząc suknią.
- Córko tak mi przykro. To
jest przerażające. Znów nam przyjdzie przezywać piekło. Ojciec i Twój bracia
szykują się na walkę. Tak bardzo się o nich boję, ale wiem, że oni nie odpuszczą.
Będą walczyć na śmierć i życie do ostatniej kropli krwi, ale Wirginia jest zbyt
potężna to nie może się dobrze skończyć Sophio – wyszeptała, kładąc się obok
córki. Sophia leżała nieruchomo zwinięta w kłębek. Lorna nie mogła patrzeć jak
jej córka cierpi. Łagodnym gestem gładziła ją po ramieniu, chcąc dodać jej
otuchy. Byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Po kilku minutach Sophia zasneła
kamiennym snem. W swoim świecie wampiry niczym nie różnią się od ludzi. Śpią,
jedzą owoce warzywa i mięso. Dopiero jak przekraczają granice światów, stają
się wampirami którzy łakną krwi. Lorna przykryła córkę pledem, podeszła do okna
, otworzyła je i zlustrowała okolice wzrokiem.
- Boże zlituj się –
wyszeptała spoglądając w niebo. Tej nocy księżyc lśnił przedziwnym blaskiem,
jakby ostrzegawczo. Lorna na dłuższą chwile zapatrzyła się w jego srebrzystą
tarcze. Drogą szedł jakiś nocny wędrowiec. On również patrzył na księżyc, w
pewnym momencie stanął i spojrzał prosto na nią. Chciała się cofnąć, ale ze
zdziwieniem zobaczyła, że mężczyzna delikatnie skinął jej głową. Cóż to może znaczyć, pomyślała. Czekała co będzie
dalej, nie spuszczając oczu z obcego wampira. Wyostrzony zmysł wzroku pozwolił
jej dojrzeć, że mężczyzna był już w bardzo podeszłym wieku. Miał długą śnieżnobiałą brodę, i niezwykle mądre wejrzenie
niebieskich oczu. Lorna nie wyczuła w nim żadnego niebezpieczeństwa.
Obserwowany wędrowiec, ruszył do wrót domu. Lorna szybkim ruchem zamknęła
okiennicę i wybiegła z komnaty córki. Zbiegając po schodach, złapała w holu
długi płaszcz i otworzyła drzwi.
- Witaj panie – rzekła,
dygając lekko przed przybyszem. Starzec odwzajemnił gest, składając głęboki
ukłon. Lorna cofnęła się by go wpuścić.
Mężczyzna uważnie rozglądał
się po holu.
- Spotkała was w życiu wielka
tragedia Pani – powiedział nagle.
Lorna znieruchomiała.
- Skad Panie wiecie? –
zapytała szeroko otwierając oczy
- Czuję to. Duch tego
domostwa i Pani rodziny przemawia do mnie. – odparł zagadkowo – Śmierć nadal
depcze wam po piętach – dodał.
Lorna patrzyła na niego z
niedowierzaniem.
- Kim Panie jesteście? –
zapytała
- Zwą mnie Archibald –
odrzekł i zaczął chodzić powolnym krokiem po calym pomieszczeniu. W pewnej
chwili spojrzał na szczyt schodów i zmarszczył
brwi mrużąc oczy. Lorna nie spuszczała z niego wzroku, odniosła
wrażenie, że ma do czynienia z kimś wyjątkowym. Serce jej podpowiadało że ów
mężczyzna kogos szuka.
- Czy jest tylko Pani w domu?
– zapytał Archibald, gładząc swoją bujną brodę.
Lorna pokręciła głową
- Nie. Mąż i dzieci
odpoczywają, mieli bardzo trudny dzień – odpowiedziała, otulając się szczelniej
peleryną.
- Niech ich Pani zbudzi –
głos Archibalda był stanowczy. Lorna popatrzyła na niego z ogromnym
zaskoczeniem.
- To bardzo ważne – dodał
widząc wahanie kobiety, które szybko
przemieniło się w zrozumienie. Szybkim krokiem wbiegła po schodach na
piętro. Weszła do komnaty którą dzieliła z mężem.
Gordon otworzył oczy.
- Cóż się stało najdroższa? –
zapytał podnosząc się z posłania> Lorna w skrócie opowiedziała mu o
przybyszu .
- Ciekawe. Zbudź chłopców i
Sophie. A ja z nim porozmawiam – powiedział Gordon. Schodząc z e schodów
obserwował przybysza , który z zainteresowaniem przypatrywał się obrazom. Gdy
zauważył Gordona złożył mu pokłon. Gordon zrobił to samo.
- Czym możemy Panu służyc? –
zapytał
Archibald przez chwilę
rozmyślał nad odpowiedzią.
- Przychodzę w imieniu Ducha
Przyszłości. Ważną rzecz mam wam do powiedzenia.
W tym momencie do holu weszli
Aaron i Edgar. Młodzi mężczyźni wymienili ze sobą zdziwione spojrzenia.
Archibald spojrzał na Aarona.
- Ty synu jesteś Naznaczony –
rzekł – To tobie przypada zadanie odnalezienia Pogromczyni Ciemności –
powiedział – Pozwólcie że opowiem wszystko od samego początku - dodał
widząc niepewność i zdumienie na twarzy
Aarona. Gordon wzkazał ławe. Starzec z westchnieniem usiadł na niej i
zlustrował uważnie twarze wszystkich trzech mężczyzn.
- Tak… z całą pewnością to Ty poprowadzisz nas ku świetności - wyszeptał z zadumą wpatrując się w Aarona
– To Ciebie wskazał Kryształ. Przed wieloma wiekami, zanim władze objęła Czarna
Królowa, na tronie zasiadał Król Leonard, który był władcą dobrym i
sprawiedliwym. Jego żoną była piękna
Oliwia. Pod ich opieką ,Królestwo rozkwitło, a mieszkańcy żyli w szczęściu i zgodzie. Tak było przez
około czterysta lat. Pewnej zimy przybyła
do zamku, młodziutka dama o pięknych bursztynowych oczach i włosach białych jak
śnieg. Król był wobec niej bardzo podejrzliwy, według niego jej oczy skrywały
ciemność. Królowa zaś, istota przepełniona miłością od razu polubiła przybyła panienkę.
Mianowała ją na swoja dwórkę. Spędzały ze sobą wiele czasu. Wszystko było
dobrze do pewnego słonecznego dnia. Wtedy to Król Leonard wyjechał, odwiedzić
swój lud w okolicznych wioskach. Królowa Oliwia została w zamku, gdyż jej
błogosławiony stan nie pozwalał na podróże. Wieczorem siedząc na fotelu i uśmiechając się na myśl o
dziecku, usłyszała hałas. Zaniepokojona lekkim krokiem wyszła z komnaty na
korytarz, chcąc zobaczyć czy wszystko w porządku. Biedna nie zdążyła zamknąć
drzwi, gdy ktoś chwycił ją za gardło od tyłu. Chciała krzyknąć, ale napastnik
zakrył jej usta. Ostatnie, co zobaczyła był błysk ostrza, które w ułamku
sekundy zostało zatopione w jej sercu. Rankiem przyszła służka by pomóc się
ubrać swej Pani. Gdy znalazła ją przy królewskiej komnacie, ujrzała martwą
monarchini. Cios w serce nie był jedynym ciosem, jaki został zadany. Zabójca
przeszył również jej brzuch , dokładnie w miejscu gdzie znajdowało się malutkie
serduszko maleństwa. Gdy Król wrócił i dowiedział się o tragicznej śmierci swej
małżonki, wpadł w rozpacz i gniew. Wydał rozkaz by odnaleść tego, który
pozbawił go największego szczęścia. Przez cały dzień siedział w komnacie żony i
tulił do siebie jej suknie. Wieczorem skierował się do biblioteki by rozpaczać
nad swa niedolą. Nawet nie przypuszczał że za chwilę spotka go mrożacę krew w
żyłach odkrycie i straszna śmierć –
powiedział Archibald, kończąc swą opowieść. Gordon, Aaron i Edgar byli w
głębokiej zadumie. Lorna i Sophia które dołączyły do mężczyzn płakały nad losem
rodziny królewskiej.
- To strasznę, jak można być,
ąż tak przesiąkniętym złem, by zabić. Och, tak mi żal tego nienarodzonego
dziecięcia – szepnęła Lorna. Sophia jej przytaknęła ocierając łzy.
- Czy tą młodą dama była
Wirginia? – zapytał Aaron.
Archibald pokiwał głową.
- Tak, Wirgina we własnej
osobie. Ta kobieta od początku miała wszystko zaplanowane, zanim jeszcze weszła
na dwór Króla Leonarda – odpowiedział ze zastanowieniem – Przypuszczam ze nie
znacie Przepowiedni Onterego? – zapytał nagle.
- Nie mędrcze. Opowiedz nam o
niej. – poprosił Gondor ujmując dłoń żony.
Archibald przymknął oczy.
- Jakieś siedemdziesiąt lat,
po objęciu władzy przez Wirginie, jeden ze sług Królowej Oliwi, Onter przez
kilka tygodni miał ciągle ten sam sen. We śnie widział Wirginię i jej coraz
bardziej krwawe i okrutne rządy. Widział także istotę którą określił jako „ Nie
z Tego Świata” . Wyglądała podobnie jak my, a jednak się różniła była inna.
Istota ta w jego śnie, zabija Wirginie i wtedy nastają Nowe Czasy. Wielkie
Czasy Pokoju. Całą swoją senna wizję spisał. W jego zapiskach pojawia się słowo
Portal, które określa jako Wrota do Innych Światów – powiedział otwierając
gwałtownie oczy. Wszyscy przyjęli to znak końca opowieści.
Sophia miała szeroko otwarte
oczy.
- To istnieją inne światy? –
zapytała z osłupieniem patrząc na Archibalda.
- Z całą pewnością Panienko –
odparł, był nieco rozbawiony wyrazem twarzy dziewczyny. Zdołał też zauważyć
nadzieje w oczach Lorny.
- Gdzie znajdują się owe
wrota? – zapytał Gordon, zerkając na
żonę i córkę
- Jak przypuszczam na
Południowy Wschód od Doliny Śmierci,, gdzieś w Górach Demonów… Tak mówią opisy
Ontera. Za Wrotami znajduję się Pogromczyni Ciemności – odpowiedział mędrzec.
Aaron zerwał się z ławy, i
zaczął chodzić w te i z powrotem po izbie. Czuł że ma ważne zadanie do
wykonania, od którego zależy los Królestwa. Coś mu podpowiadało, że nie może
zawieść, i że musi przyprowadzić Pogromczynie Ciemności.
- Kiedy mogę wyruszyć? –
zapytał krzyżując ręce na piersi. Starzec uśmiechnął się lekko, widząc zapał
wojownika.
- W każdej chwili Aaronie,
lecz muszę Cię ostrzec. Wyprawa w inne światy niesie ze sobą ryzyko – głos
Archibalda stał się złowrogi – tuż po przekroczeniu Wrót, zmienisz się nie do
poznania. Staniesz się na wpół umarły. Będziesz żył nocą. Ogarnie Cię żądza
krwi. Będziesz niebezpieczny dla tamtejszych mieszkańców.
Aaron patrzył z nad
półprzymkniętych powiek na mędrca.
- W jaki sposób poznam
Pogromczynie Ciemności? – zapytał zdecydowanym tonem, pocierając policzek
dłonią.
- To już sam musisz odkryć
mój chłopcze. Zadanie odnalezienia i rozpoznanie Pogromczyni przypada Tobie. Na
mnie już czas przyjaciele, ale zanim odejde chcę ci coś dać Aaronie –
oznajmił Archibald sięgając do kieszeni
peleryny z której wyjął amulet na złotym grubym łańcuszku. Amulet składał się z
większego kręgu i dwóch mniejszych,po obu stronach. pośrodku dużego kręgu
znajdował się trójkątny rubin, z którego trzech boków, biegły promienie. Miedzy
promieniami znajdowały się małe diamenty. Cały medalion wyglądał na bardzo
kosztowny. Widać było, ze twórca włożył w jego wykonanie całe serce. Wszyscy
zebrani z zapartym tchem, podziwiali urzekające aczkolwiek dziwnę piękno
amuletu. Aaron wyciągnął po niego rękę ,i przesunął palcami po mniejszym kręgu.
W momencie gdy go dotknął, amulet rozbłysł jasnym światłem, a rubin zaiskrzył
się czerwonym blaskiem. Aaron znieruchomiał. Wtedy właśnie zrozumiał, ze może
się wszystko dobrze ułożyć. Archibald uśmiechnął się szeroko i włożył amulet do
dłoni Aarona.
- Od tej pory Kryształ Maga, należy
do Ciebie. Uczyniłeś pierwszy krok ku
wolności Królestwa Aaronie synu Gordona. Ale przed Tobą jeszcze długa i
niezwykle trudna droga ku zwycięstwu. Zapewne wiele razy otrzesz się o śmierć,
lecz Królestwo Istot Nocy w Ciebie wierzy. Nie wątpię, że ci się uda pokonać Zło.
Niech Kryształ ma Cię w opiece. – rzekł i rozpłynął się w powietrzu. Aaron
otworzył dłoń w której ściskał amulet upadł na kolana i zaszlochał. Po jego
policzku zaczęły płynąc łzy. Lecz to nie były gorzkie łzy smutku, ani żalu. Te
łzy były łzami Nadziei. Nadziei na wolność…
Subskrybuj:
Posty (Atom)