wtorek, 7 maja 2013

1


                                      Rozdział I

                 „A niech to szlag” pomyślała Weronika patrząc na oddalający się PKS, którym codziennie wracała do domu. Tego dnia prześladował ją pech. Nie dość ze się spóźniła na ostatni autobus, to jeszcze w sklepie w którym pracowała jako ekspedientka stłukła butelkę bardzo drogiego wina, za co nieźle się jej dostało od szefowej. Zastanawiała się co ją jeszcze czeka. Z westchnieniem  wyjęła z torebki telefon i nacisnęła klawisz szybkiego wybierania.
Po kilku sygnałach połączenie zostało odebrane.
- Halo?- usłyszała w słuchawce.
Odetchnęła z ulgą słysząc melodyjny sopran siostry.
- Hej Majka, przekaż mamie że się spóźnię i żeby się nie martwiła – powiedziała siadając na ławce.
- Ok. Ale co się stało? – zapytała Majka.
W tle było słychać śmiech mamy. Weronika przymknęła powieki.
- Spóźniłam się na ostatni autobus. Muszę już kończyć. Niedługo będę w domu. Pa! – już miała się rozłączyć, gdy siostra ją powstrzymała.
- Czekaj mała. Zadzwonię do Matiego i zapytam czy mógłby po  Ciebie podjechać. – dziewczyna miała już zaprotestować, ale Majka już się rozłączyła. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko czekać. Schowała telefon i rozejrzała się po okolicy. Na przystanku była tylko ona. Nic dziwnego, gdyż była już godzina 22.30. Poczuła że burczy jej w brzuchu, od obiadu minęło już wiele długich godzin. Była bardzo głodna. Przypomniała sobie o  batoniku zbożowym, którego kupiła poprzedniego dnia w kiosku. Baton mógł minimalnie oszukać głód. „Dobre i to” pomyślała, wyciągając go z torebki. Ugryzła kawałek roskoszując się delikatnym cynamonowym smakiem. Chwile ciszy przerwał dzwonek telefonu.
-  Tak? Słucham – zapytała grzecznie odbierając połączenie
- Córeczko? Tu mama. Gdzie jesteś? – Weronika uśmiechnęła się do siebie. Głos mamy zawsze dawał  jej poczucie bezpieczeństwa .
- Na przystanku, uciekł mi autobus. – odparła patrząc na swoje paznokcie które pomalowała lakierem w kolorze lawendy, kolor ten przypadł jej szczególnie do gustu. Uspakajał ją. W jakieś gazecie przeczytała, że kolory mają duży wpływ na życie. Coś w tym było.
- Och skarbie, mam nadzieję, że nie kręcą się koło Ciebie podejrzane osoby. Teraz jest tak niebezpiecznie wszędzie – głos mamy był zatroskany. Weronika wiedziała że się martwi o nią.
- Nie martw się mamo. Nic mi nie będzie – powiedziała uspokajającym tonem.
- Majka dzwoniła do Mateusza, podjedzie po Ciebie w ciągu 20 minut córeczko. Uważaj na siebie. Do zobaczenia kochanie.
- Pa mamo.
Po zakończeniu rozmowy Weronika wsunęła dłonie do kieszeni kurtki. Musiała czekać jeszcze 20 minut na chłopaka siostry. Liczyła na to ze uda mu się dotrzeć wcześniej. Zdążyła już porządnie zmarznąć. Z nudów uniosła głowe i się zamyśliła patrząc na czarne jak smoła niebo.





                                                         ***
                          


            Aaron stał zamyślony, przyglądając się treningowi swojego ukochanego brata Edgara. Był wspaniałym wojownikiem. Ale jeszcze lepszym wampirem. Tak Edgar miał dobre serce. Tkwił w nim ogromny potencjał, który Aaron zauważył już dawno temu. Sam należał do najlepszych wojowników klanu Północnych Ziem. On i Edgar byli synami Gordona mającego już czterysta lat i pięknej Lorny liczącej sobie lat trzysta siedemdziesiąt. Bracia mieli jeszcze cudownej urody  siostrę o imieniu Sophia, która skończyła zaledwie sto lat. Obaj kochali ją bezgranicznie. Z pozostałej czwórki rodzeństwa pozostała tylko ona. Seamus, Wolter i Hilda zostali zabici w dolinie. Lorna cierpiała straszliwie, po utracie połowy swoich dzieci. Codziennie błagała los o ich pomszczenie. Ich zabójczynią okazała się Wirginia, zwaną Czarną Królową. Oprócz rodzeństwa zostało zamordowanych ponad pięćdziesięciu wampirów. Zrozpaczonej Lornie i reszcie rodziny udało się zbiec. Od tego wydarzenia minęło pół wieku, jednak ból nie zelżał ani trochę. Do Aarona, podeszłą Sophia. Jak zwykle w jej zielonych oczach widział ogromny smutek. Siostra najbardziej była podobna do matki. Miła równie wielka wrażliwość . Swoje piękne czarne włosy związane miała w długi warkocz. Gdy Aaron ją zauważył, wspieła się na palce i ucałowała go w policzek. Oboje spoglądali w milczeniu na Edgara. Sophia, zerkała co jakiś czas na Lionela. Była nim zauroczona . Lecz on nie wracał na nią uwagi, gdyż swe serce oddał zjawiskowej Naomi. Z tego powodu, Sophia cierpiała jeszcze bardziej.
- Sophio zapomnij o Lionelu. On świata nie widzi , poza Naomi – powiedział Aaron, zerkając z troską na siostrę, która spojrzała na niego lekko zaskoczona.
- Wiem. Ależ ja jestem nieszczęśliwa! – wykrzyknęła, w jej oczach lśniły łzy. Była taka delikatna. Aaron objął ją i mocno przytulił. Tyle już wycierpiała.Za każdym razem widząc ognistorudą Naomi, wybuchała płaczem. Wszyscy mężczyźni interesowali się tą pięknością. Zawsze była otoczona przez adoratorów, którzy patrzyli na nią z nieskrywanym zachwytem. Sophia chociaż była piękna, nie miała wielbicieli.
- Nie płacz, siostrzyczko . Jeszcze spotkasz miłość swojego życia. Jesteś piękną niewiastą. – szepnął Aaron
Miał racje, problemem było to że zamknęła się w sobie. Brak jej było pewności siebie. Dawna tragedia odznaczyła się boleśnie, na jej wrażliwym sercu. Straciła swą dawna radość, być może  już na zawsze. Z dawnej pięknej wampirki , której uśmiech nie schodził z twarzy mimo ciężkich czasów, pozostało tylko pomału blaknące wspomnienie. Przez ostatnie pół wieku ani razu się nie uśmiechnęła. Z całego serca nienawidziła Czarnej Królowej. Która miała na sumieniu tyle niewinnych istot.
- Ach, Aaronie, ale ja go kocham. – wyszeptała Sophia, przełykając łzy  - Wiem że kocha Naomi, lecz kocham go mimo tego. – dodała zamykając oczy.
Aaron ujął jej śliczną malęńką dłoń, i złożył na jej czułku braterski pocałunek . Nie puszczając dłoni siostry przeniósł wzrok na Lionela. Mężczyzna czyścił swój miecz. Jego jasne włosy lśniły w promieniach słońca. Patrząc na nie miało się wrażenie że są ze złota. Sophia była pod wrażeniem jego urody. Podziwiała jego piękne atletycznie zbudowane ciało, i piękne jasnobłękitnę oczy. Gdy skończył czyszczenie miecza wstał i ruszył w kierunku Aarona.
- Witajcie mój drodzy – przywitał się z szacunkiem, oglądając się za ramię. Sophia wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczyma. Był tak blisko. Serce jej pękało z bólu wiedząc że nie może być jej. Lionek był całkowicie oddany swojej Naomi. Byli już ze sobą nawet zaręczeni. Chcieli wstąpić w zwiążek małżeński.
- Witaj, coraz lepiej władasz mieczem Lionelu – odparł Aaron, wyczuwając niema rozpacz siostry.
Lionel spojrzał na niego z szerokim uśmiechem na swej pięknej twarzy.
- A jakże! W końcu  wywodzę się z walecznego rodu Suchadów – rzekł wybuchając gromkim śmiechem
Aaron zauważył, że Sophia spuściła wzrok i boleśnie westchnęła.
Lionel spojrzał na nią z zaskoczeniem.
- Czy coś się stało,  Sophio? – zapytał przenikliwie się jej przyglądając. Dziewczyna puściła rękę brata i cofnęła się krok do tyłu.
- Nie...Ja już pójdę – wykrztusiłą  powstrzymując łzy cisnące się do jej oczu. Zasłaniając twarz jedwabnym szalem pobiegła ku domostwu.
- Biedna Sophia – powiedział do siebie Aaron – Lionelu postoisz tu chwilę? – rzekł, patrząc na bardzo zdziwionego Lionela. Po czym ruszył, za siostrą. Dogonił ją koło stajni, stała oparta o ścianę i szlochała .
- Sophio, nie płacz, pęka mi serce widząc Twój smutek – powiedział dotykając jej policzka – Już…spokojnie. Wszystko będzie dobrze – kontynuował nie spuszczając z niej oczu. Sophia zaczęła się uspokajać
- Tak bardzo, bym chciała poczuć się kochana. Poznać tą miłość, jaką Ty kochałeś Ellene – powiedziała cichutko, nieco drżącym głosem. Patrzyła przed siebie. Aaron, stanął bez ruchu, słysząc imię swojej ukochanej. Przypomniał sobie jej piękne złote loki, w których często zanurzał twarz. Zaczął pogrążać się we wspomnieniach…Stał nad jeziorem i przyglądał, się gromadce pląsających dziewcząt. Szczególnie jednej, ślicznej jasnowłosej dziewicy, przyobleczonej w zieloną suknie. Była taka niewinna i cudowna. W pewnej chwili spojrzała w jego stronę, ale bardzo szybko się odwróciła zmieszana. Jedna z jej towarzyszek nachyliła się ku niej,  zaczęły chichotać, chwyciły się za ręce i pobiegły w strone lasu. Wieczorem tego samego dnia podczas wieczerzy, Gordon spojrzał na swojego syna z uśmiechem,
- Synu, czuję że w Twojm życiu dzieję się coś szczególnego – powiedział, patrząc na zdziwionego Aarona – Zauważyłem jak patrzysz, na Ellene. – dodał
- Jest bardzo piękna niewiastą ojcze. Pełną wdzięku. Obserwuję ją od paru tygodni. Jest wspaniała – odparł Aaron
Gordon pokiwał głową.
- Masz rację. Wiem ze ją kochasz. Powiedz jej to, zanim ci ktoś ją zabierze z przed nosa.
…To były piękne czasy…
Aaron otrząsnął się ze wspomnień.
- Siostrzyczko, na prawdziwą  miłość  warto czekać. Muszę wracać do Edgara. – rzekł i odszedł w stronę placu. Sophia chwile za nim patrzyła, potem się odwróciła i wbiegła do domu.


                                                             ***


Zadzwonił budzik, Weronika pomału otworzyła oczy, i sięgnęła ręką do szafki nocnej, na której stał by go wyłączyć. Przez przypadek strąciła zapachowa świeczkę. Z lekkim ociąganiem podniosła się z posłania. Zamglonym wzrokiem rozejrzała się po pokoju , odrzuciła kołdrę i zsunęła stopy na ziemie. W tej samej chwili do pokoju wpadł żywy huragan.
- Ej, no! – wykrzyknęła, patrząc ze złością na Majkę, która w odpowiedzi zachichotała.
- Wreszcie się obudziłaś. Już jest 12. Jedziesz z nami na zakupy? Muszę sobie kupić nową kieckę – powiedziała przysiadając na brzegu łóżka . Weronika nic nie odpowiedziała. Majka zaczęła się jej badawczo przyglądać.
- Siostra, co jest? – zapytała
- Nic, po prostu nie czuję się najlepiej – odpowiedziała Weronika przecierając oczy.
- No weź, nie żartuj Wera. Ubieraj się i jedziemy.
- Czy Ty do cholery nie rozumiesz?! Nigdzie nie jadę!
Majka wpatrywała się w młodsza siostrę z otwartymi ustami.
- Nie to nie – odparła urażonym tonem – Ja spadam. Nara – dodała pośpiesznie i obrażona wybiegła z pokoju trzaskając drzwiami.
Weronika zaczęła żałować swej gwałtownej reakcji. Niepotrzebnie się tak uniosła wobec swojej starszej siostry. Postanowiła że ją przeprosi gdy wróci. Podeszła do okna i rosuneła zasłony. Za oknem, była paskudna pogoda. Padał deszcz. Zadrżała, zerknęła na stojące na parapecie niewielkie podręczne lusterko. Stwierdziła,  że wygląda tragicznie, szybko więc wyjęła z szafki szampon i żel. Chciała wziąć kąpiel. Wyszła na korytarz i zapukała do drzwi łazienki, gdy nikt nie odpowiedział weszła do niej zamykając za sobą drzwi na klucz. Rozebrała się, przyglądając  się swojemu ciału. W ostatnim czasie trochę przytyła, nabrała bardziej kobiecych kształtów. Piersi wydawały się pełniejsze, a biodra nieco zaokrąglone. Do tego pod względem psychicznym poczuła, się bardziej kobieca. Wszyscy jej mówili, że wyładniała. Często wyrażali zachwyt nad zmianami w niej zachodzącymi. Uśmiechnęła się lekko i odkręciła kurek z wodą. Przez chwile czekała na odpowiednią temperaturę wody, i weszła do brodzika. Uniosła twarz, ku strumieniowi wody, który spływał gorącymi strużkami po ciele. Nieświadome dotknęła jedwabistej skóry i rozkosznie westchnęła. Zaczęła się zastanawiać, jak to jest być z mężczyzną. Teraz pomalutku się dowiadywała o doznaniach, których nigdy dotąd nie znała. Nagle zamarła. „Cholera o czym ja właściwie myślę. Opamiętaj się dziewczyno. To temat tabu, dla mnie zakazany dopóki nie poznam odpowiedniego mężczyzny” zbeształa samą siebie. Wzięła do ręki szampon ,nalała go sobie na dłoń. Myła włosy masując delikatnie skórę głowy, gdy skończyła spłukała pianę wodą. Kilka minut później odświeżona i zrelaksowana owinęła się ręcznikiem. Włosy wysuszyła suszarką, potem przeszła do pokoju by się ubrać. Założyła dżinsy, i czerwoną sportową bluzę. Zdecydowała się tez na lekki  makijaż, oczy podkreśliła konturówką, pomalowała też usta. Oceniła efekty, wzięła telefon i zbiegła do kuchni.
- Dzień dobry mamo – przywitała stojącą przy stole mamę, która uśmiechnęła się promiennie na jej widok.
- Dzień dobry córeczko. Wyspałaś się? – zapytała.
Weronika nagle posmutniała.
- Tak mamo.
Matka spojrzała na nią z troską.
- Źle się czujesz Weroniczko? Jesteś jakaś blada.
Weronika pokręciła głową.
- Nie mamo, chodzi o Majkę. Chyba ją uraziłam – głos Weroniki wzkazywał na ogromne przejęcie. Mając wyrzuty sumienia, opowiedziała całe zajście. Matka słuchała jej, od czasu do czasu kiwając głową, gdy Weronika skończyła mówić uśmiechnęła się czule.
- Och córciu, zawsze byłyście wrażliwe na krzywdy drugiej. Majce na pewno przejdzie, w dzieciństwie gdy się kłóciłyście to po chwili byłyście pogodzone. Jak wróci z zakupów, już nie będzie pamiętała o tym - powiedziała – Znasz ją przecież – dodała, podchodząc do lodówki. Weronika patrzyła na nią jak wyjmuje kurczaka. Matka była taka mądra i dobra. Bez zastanowienia zerwała się z krzesła, podeszła do niej i ją ucałowała.
- Dziękuję mamo. Kocham Cię. – szepnęła jej na ucho, i z radosnym śmiechem się do niej przytuliła.


                                                            ***
 

Koło 16 wróciła Majka. Weronika słysząc na dole śmiech siostry, odłożyła książkę którą czytała. Chciała porozmawiać i przeprosić siostrę za swój wybuch. Usłyszała że Majka wbiega po schodach, stukając nowiutkimi szpilkami. Wzięła więc głęboki oddech i policzyła do trzech uchylając drzwi.
- Majka, pogadamy? – zapytała nieśmiało. Siostra przystanęła i podniosła na nią wzrok, na jej twarzy pojawił się przyjazny uśmiech.
- Tak, możemy. Widzę, że ci przeszło. Co tam? – odparła pytająco patrząc w oczy Weroniki. Dziewczyna przygryzła wargę.
- Chciałam Cię przeprosić, za to że się uniosłam – wyrzuciła, wbijając wzrok w podłogę.
Majka się jej  dłuższą chwilę przyglądała, po czym rozłożyła ramiona.
- Chodź tu moja mała siostrzyczko – Weronika nie zastanawiając się ani chwili dłużej uściskała się pojednawczo z siostrą. Mama się nie myliła, obie siostry, nie potrafiły się na siebie długo gniewać. Były przyjaciółkami. Bardzo się kochały i starały się sobie zawsze nawzajem pomagać. Mogły na siebie liczyć.
- Chodź Werka. Mam coś dla Ciebie – Majka nagle pociągnęła Weronikę  w stronę swojego pokoju. Kilka toreb które niosła rzuciła na łóżko, i zaczeła w nich szperać. Z jednej z nich wyciągnęła śliczną czerwoną sukienkę, z dużą biała kokardą z przodu. Z okrzykiem zadowolenia podała ją siostrze. Weronika dotknęła miękkiego materiału.
- Jest śliczna. Dziękuję! – wykrztusiła.Była wzruszona, gestem Majki. Siostra zaśmiała się serdecznie, widząc zaskoczoną minę Weroniki.- No dalej, przymierz ją -  zachęcała, podskakując lekko jak mała dziewczynka, biorąc od siostry ubranie, które właśnie zdejmowała. Chwile później, Weronika miała na sobie sukienkę. Majka spoglądała na nią z zachwytem.
- Jesteś taka piękna – zaszczebiotała wirując wraz z siostrą w szalonym tańcu, zaśmiewając się przy tym do łez. Potem padły zmęczone na posłanie, a ich radosny śmiech roznosił się po całym domu.

                                                            ***


               Gordon, uchodził za przystojnego mężczyznę. Mądrego, o wspaniałym wnętrzu. Lorna pokochała go za serce przepełnione miłością do niej. Tego wieczoru, stał koło okna, patrzą na gwiazdy. Był w głębokiej zadumie. Wspominał trójkę swoich tragicznie zmarłych dzieci i czarująca Ellene, która miała zostać jego synową. Aaron tak bardzo ją kochał. Nawet teraz, gdy jej nie było wśród żywych. Gordon nawet nie chciał myśleć jak bardzo cierpi jego syn, bo sam wiedział najlepiej. Czuł to samo. Stracił ukochanych synów i córkę. Ból był nie do zniesienia. Wciąż widział ich twarze. Każdego dnia o nich myślał. Codziennie przeżywał na nowo tamte straszliwe wydarzenia.
- Mężu, dzieci pytały czemu nie było Cię na wieczerzy – oznajmiła Lorna wchodząc do izby. Gordon odwrócił się w jej stronę,
„ Lorno, moja najdroższa ptaszyno, Ty też cierpisz, być może odczuwasz to bardziej dotkliwie niż my, przez swoją wrażliwość. Tak bardzo bym chciał złagodzić Twój ból, ale to jest niemożliwe, musimy z tym żyć. Wiem, że płaczesz po nocach, siedząc sama przy kuchennym stole. Chociaż Ty myślisz, ze o tym niewiem. Musimy żyć ze świadomością tej jakże straszliwej straty moja słodka różyczko” Pomyślał patrząc w smutne oczy ukochanej żony.
- Chciałem posiedzieć w ciszy i pomyśleć – powiedział, obejmując żonę.
Kobieta wtuliła się w jego ramiona.
- Nasza córka, cierpi bardziej niż dotychczas – rzekła, jej głos był przytłumiony. Gordon uniósł jej piękną twarz ku swojej.
- Sophia odziedziczyła wrażliwość po Tobie moja kochana Lorno. Nic dziwnego ze cierpi, najpierw straciła braci i siostrę, a teraz doszła nieszczęśliwa miłość. Ona po prostu chce być kochana – przemawiał łagodnie.
- Wiem mężu. Boję się o nią. To nasza jedyna córka, jedyna która nam została. Nie możemy jej stracić. Więcej bólu już nie zniosę. Ja umrę jak stracę kolejne dziecię. Serce matki bardzo słabe jest, jeśli umiera dziecko to serce jej obumiera, aż w końcu bić przestaje z żalu i bólu – Gordon zaczął gładzić żonę po włosach. Gdy zgodziła się wiele lat temu wyjść za niego, był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Wtedy byli tacy szczęśliwi, nie mieli żadnych trosk i kłopotów. W tamtym czasie nie wiedzieli o wielkim niewyobrażalnym cierpieniu, jakie ich czeka. Byli szczęśliwi, ze są razem, myśleli ze szczęście ich nie opuści. Jednak bardzo się mylili. Wirginia wpadła w szał, gdy wielu wampirów się przed nią nie ukłoniło, mówiąc że nie będą jej służyć. Chcąc ich ukarać, zarządziła najazd na dolinę i zabicie wszystkich jej mieszkańców. Domostwa zostały splądrowane i spalone wraz z ciałami zabitych. Gordonowi  Lornie i pozostałym udało się uciec. Lecz Wolterowi, Seamusowi i Hildzie, szczęście nie dopisało. Im pisana według przeznaczenia była śmierć. Od tamtej pory, wielu mężczyzn postanowiło stać się wojownikami, którzy by w odpowiednim momencie zadali śmiertelny cios Czarnej Królowej. Oni wszyscy nade wszystko pragnęli jej obalenia. Chcieli zemsty. Wirginia zasługiwała na śmierć. To przez nią cierpiała cała rodzina Gordona. Aaron i Edgar, codziennie trenowali, a Sophia…Ach, nie było żadnego dnia żeby nie płakała…
Lorna patrzyła na męża z ufnością, w swych oczach które przepełnione były bólem.
- Moja kochana, nie pozwolę skrzywdzić nikomu naszej córki – powiedział delikatnie całując żonę w usta. W tym momencie do izby wszedł Aaron, był zdenerwowany w dłoni ściskał mocno kawałek pergaminu. Gordon i Lorna, spojrzeli na syna jednocześnie. Jego oczy pałały gniewem. Bez słowa podał przedmiot ojcu. Był to list, z pieczęcią należącą do Czarnej Królowej. Gordon rozwinął go niepewnie i zaczął czytać. A oto treść owego listu:
Na chwałę Moją i Królestwa Istot Nocy,
Wydaję rozkaz by, odnaleźć wszystkich
Zbiegów z doliny, którzy pragną Mojej
Zguby. Wydaję na nich wyrok śmierci.
Rozkaz ten ma być wykonany bez zwłoki.
- Co  za suka! – syknął – Synu skąd to masz?
- Kilkoro z naszych, znalazło martwego wysłannika Virgini, list był przy jego ciele – odpowiedział Aaron.
- Cóż się stało mężu? – zapytała z niepokojem Lorna. Aaron wyczuł w niej strach.
- Ta przeklęta gnida Virgina, wydała na nas wyrok śmierci – powiedział uderzając pięścią w ścianę. Lorna skamieniała i osunęła się, z głuchym łoskotem na ziemie..
- Matko! – krzyknął Aaron i uklęknął przy matce. Jego krzyk usłyszał Edgar, który jak burza wpadł do komnaty z gotowością do walki.
Spojrzał pytająco na ojca.
- Czarna Królowa, znów rozpoczęła polowanie na nas – wytłumaczył Gordon.
- Niechże tylko dorwę tę podłą kreaturę – warknął Edgar, zerkając kątem oka na brata. Lorna wciąż była nieprzytomna.
Aaron oparł głowę matki na swoich kolanach. Znów na nowo mieli przeżywać piekło? Nie mógł na to pozwolić. Ogarnęła go żądza mordu. O nie… Nikt bezkarnie nie będzie krzywdził tych których kocham. Pora wziąć sprawy w swoje ręce.
Nadszedł czas zemsty…
Virgina poniesie konsekwencje swoich czynów.


                                                              ***



            Sophia siedziała w swojej komnacie i rozczesywała włosy, rozmyślając o Lionelu. Podkochiwała się w nim już od kilku lat. Wyobrażała sobie siebie przy jego boku, chociaż  doskonale zdawała sobie sprawę, że nie ona jest mu przeznaczona. Z bolesnym westchnieniem, podeszła do ogromnego pozłacanego lustra i zaczęła się przyglądać swojemu odbiciu. Miała na sobie tylko cieniutką halkę. Jej włosy rozsypywały się po ramionach, opadając delikatną kaskadą po plecach. Piękne, ogromne zielone oczy odzwierciedlały jej samopoczucie.
Jej uwagę przykuł odbijający się w lustrze portret, który przedstawiał jej siostrę.
Hilda miała przechyloną na bok głowę, palcami obu dłoni rozczesywała swoje jasne włosy. Uśmiechała się patrząc wprost na malującego ją artystę. Jej oczy były w tym samym odcieniu co Sochy. Cechowała ją odwaga i upór. Od najmłodszych lat wykazywała zdolności, do jazdy konnej i walki. W dzieciństwie, gdy Sophia i matka zajmowały się ręcznymi robótkami Hilda galopowała na własnym majestatycznym rumaku po okolicznych lasach i łąkach. Towarzyszyli jej zawsze wszyscy czterej bracia i ojciec. Eleganckie kobiety z doliny, nie pochwalały takiego zachowania, według nich panienka powinna być pokorna i posłuszna. Obowiązkiem każdej młodej dorastającej kobiety, było przygotowanie się do roli dobrych żon i matek. Wszystkie dziewczęta musiały być grzeczne i potulne. Co jak co, ale Hilda grzeczna i potulna nie była. O nie! Pewnego razu pietnastoletnia  Hilda zobaczyła syna sasiadki, który chciał zabić małego szczeniaczka. Nie wiele myśląc, w wielkim gniewie podbiegła do niego i go pchnęła. Chłopak przewrócił się, upuszczając trzymany w ręce nóż.
- Ty parszywy gadzie – wrzasnęła – Co ci, to niewinne stworzenie zrobiło, piekielny pomiocie?! Rusz go tylko, a Cię zabije – dodała wysuwając kły.
Chłopak wpatrywał się w nią zdezorientowany, po chwili na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości.
- Grozisz mi Ty mała smarkulo? – Odejdź stąd żmijo – wysyczał.
Hilda zbliżyła się błyskawicznie do niegodziwca i drasnęła go  po twarzy nożem, którego zdążyła pochwycić. Chłopak zawył z bólu, i zakrył krwawiąca twarz dłonią . Stojąca nieopodal kobieta słysząc krzyk, podbiegła do nich.
- Cóż się stało? – rzekła z przerażeniem, patrząc na młodzieńca. Ifor wskazał na Hildę. Jego matka spojrzała na nią. Jej twarz zrobiła się purpurowa ze złości.
- Hildo Rendsow! Zraniłaś mego syna! Nie ujdzie ci to na sucho! Już ja tego dopilnuję! – powiedziała, jej oczy ciskały błyskawice.
Hilda się tylko zaśmiała ironicznie. Ta dziewczyna miała dziki temperament, porywający i żywiołowy. Dla rodziny była gotowa poświęcić życie.
Takie to wspomnienia kłębiły się w głowie Sochy. Były takie różne, zupełnie do siebie niepodobne na pierwszy rzut oka. Lecz łączyło je najważniejsze, miłość do bliskich. Każda okazywała to na swój sposób. Ale czyż miłość nie ma wielu twarzy? Sophia bardzo podziwiała swoją starszą siostrę. Hilda była wyjątkowa, jedyna w swojm rodzaju. Nię spuszczając oczu z portretu, podeszła wolnym pełnym gracji krokiem bliżej dzieła, i leciuteńko jak tchnienie wiatru przesunęła opuszkami swych długich palców po namalowanej żywymi barwami twarzy siostry. Portret genialnie oddawał charakter modelki i urodę. Odzwierciedlał jej siłę, odwagę, ambicje i determinacje. Jednocześnie ukazywał jej łagodność i miłość wobec najbliższych. Hilda była naprawdę bardzo piękna, jej pełne usta były barwy dojrzałej maliny.
Ktoś lekko zapukał. Sophia szybko naciągnęła na siebie bladoniebieską koszule nocną, obszytą koronkami i otworzyła drzwi. W progu stała matka. Przez dłuższą chwilę przypatrywała się bacznie Sophi, po czym weszła do komnaty i usiadła na krześle przy okrągłym małym stoliku. Sophia wyczuwając coś niepokojącego, usiadła naprzeciwko matki, i milcząc czekała aż ukochana rodzicielka coś powie. Lorna tymczasem biła się z myślami jak i czy w ogóle powiedzieć córce o rozkazie królowej. Była pewna, że Sophia popadnie w jeszcze głębszą rozpacz. Chciała twego uniknąć, ale z drugiej strony nie mogła niczego ukrywać. Bardzo bała się, co może się stać. Żadna z tych decyzji nie była dobra. Z miłością patrzyła w oczy córki, tyle było w nich smutku i żalu. W jednej chwili reszta odwagi ją opuściło.
- Sophio, chcę żebyś wiedziała, że co by się nie stało ja zawsze będę Cię
Kochać –  powiedziała tylko.
Sophia uniosła brwi
- Mamo, coś się stało, prawda? – zapytała
Lorna pokręciła gwałtownie głowa.
- Nie…Nic się nie stało – powiedziała  dobrze zdając sobie z tego sprawę , że właśnie okłamała swoją córkę. Sophia jednak od razu zauważyła że cos jest nie tak.
- Matko, powiedz mi proszę. Wiem że cos się stało. Bardzo dziwnie się zachowujesz – poprosiła. Coś jej podpowiadało że matka ma bardzo złe wieści.
Lorna popatrzyła na Sophie zbolałym wzrokiem.
- Wirginia wydała rozkaz, by zabić wszystkich zbiegów z doliny – wydusiła i ukryła twarz w dłoniach.
To było straszne…do Sophi nie od razu dotarł sens słów matki. Przez chwilę wpatrywała się w nią zdezorientowana, lecz po krótkim momencie w jej oczach pojawiło się ogromne przerażenie. Zrobiło się jej słabo. To nie mogła być prawda. Nie mogła w to uwierzyć. Wszyscy zginiemy, pomyślała…Boże wszyscy. Zaczęła przeraźliwie krzyczeć, zakrywając uszy dłońmi. Wstała i rzuciła się na łóżko. Matka podeszła do niej szeleszcząc suknią.
- Córko tak mi przykro. To jest przerażające. Znów nam przyjdzie przezywać piekło. Ojciec i Twój bracia szykują się na walkę. Tak bardzo się o nich boję, ale wiem, że oni nie odpuszczą. Będą walczyć na śmierć i życie do ostatniej kropli krwi, ale Wirginia jest zbyt potężna to nie może się dobrze skończyć Sophio – wyszeptała, kładąc się obok córki. Sophia leżała nieruchomo zwinięta w kłębek. Lorna nie mogła patrzeć jak jej córka cierpi. Łagodnym gestem gładziła ją po ramieniu, chcąc dodać jej otuchy. Byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Po kilku minutach Sophia zasneła kamiennym snem. W swoim świecie wampiry niczym nie różnią się od ludzi. Śpią, jedzą owoce warzywa i mięso. Dopiero jak przekraczają granice światów, stają się wampirami którzy łakną krwi. Lorna przykryła córkę pledem, podeszła do okna , otworzyła je i zlustrowała okolice wzrokiem.
- Boże zlituj się – wyszeptała spoglądając w niebo. Tej nocy księżyc lśnił przedziwnym blaskiem, jakby ostrzegawczo. Lorna na dłuższą chwile zapatrzyła się w jego srebrzystą tarcze. Drogą szedł jakiś nocny wędrowiec. On również patrzył na księżyc, w pewnym momencie stanął i spojrzał prosto na nią. Chciała się cofnąć, ale ze zdziwieniem zobaczyła, że mężczyzna delikatnie skinął jej głową. Cóż  to może znaczyć, pomyślała. Czekała co będzie dalej, nie spuszczając oczu z obcego wampira. Wyostrzony zmysł wzroku pozwolił jej dojrzeć, że mężczyzna był już w bardzo podeszłym wieku. Miał  długą śnieżnobiałą  brodę, i niezwykle mądre wejrzenie niebieskich oczu. Lorna nie wyczuła w nim żadnego niebezpieczeństwa. Obserwowany wędrowiec, ruszył do wrót domu. Lorna szybkim ruchem zamknęła okiennicę i wybiegła z komnaty córki. Zbiegając po schodach, złapała w holu długi płaszcz i otworzyła drzwi.
- Witaj panie – rzekła, dygając lekko przed przybyszem. Starzec odwzajemnił gest, składając głęboki ukłon. Lorna cofnęła się by go wpuścić.
Mężczyzna uważnie rozglądał się po holu.
- Spotkała was w życiu wielka tragedia Pani – powiedział nagle.
Lorna znieruchomiała.
- Skad Panie wiecie? – zapytała szeroko otwierając oczy
- Czuję to. Duch tego domostwa i Pani rodziny przemawia do mnie. – odparł zagadkowo – Śmierć nadal depcze wam po piętach – dodał.
Lorna patrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Kim Panie jesteście? – zapytała
- Zwą mnie Archibald – odrzekł i zaczął chodzić powolnym krokiem po calym pomieszczeniu. W pewnej chwili spojrzał na szczyt schodów i zmarszczył  brwi mrużąc oczy. Lorna nie spuszczała z niego wzroku, odniosła wrażenie, że ma do czynienia z kimś wyjątkowym. Serce jej podpowiadało że ów mężczyzna kogos szuka.
- Czy jest tylko Pani w domu? – zapytał Archibald, gładząc swoją bujną brodę.
Lorna pokręciła głową
- Nie. Mąż i dzieci odpoczywają, mieli bardzo trudny dzień – odpowiedziała, otulając się szczelniej peleryną.
- Niech ich Pani zbudzi – głos Archibalda był stanowczy. Lorna popatrzyła na niego z ogromnym zaskoczeniem.
- To bardzo ważne – dodał widząc wahanie kobiety, które szybko  przemieniło się w zrozumienie. Szybkim krokiem wbiegła po schodach na piętro. Weszła do komnaty którą dzieliła z mężem.
Gordon otworzył oczy.
- Cóż się stało najdroższa? – zapytał podnosząc się z posłania> Lorna w skrócie opowiedziała mu o przybyszu .
- Ciekawe. Zbudź chłopców i Sophie. A ja z nim porozmawiam – powiedział Gordon. Schodząc z e schodów obserwował przybysza , który z zainteresowaniem przypatrywał się obrazom. Gdy zauważył Gordona złożył mu pokłon. Gordon zrobił to samo.
- Czym możemy Panu służyc? – zapytał
Archibald przez chwilę rozmyślał nad odpowiedzią.
- Przychodzę w imieniu Ducha Przyszłości. Ważną rzecz mam wam do powiedzenia.
W tym momencie do holu weszli Aaron i Edgar. Młodzi mężczyźni wymienili ze sobą zdziwione spojrzenia. Archibald spojrzał na Aarona.
- Ty synu jesteś Naznaczony – rzekł – To tobie przypada zadanie odnalezienia Pogromczyni Ciemności – powiedział – Pozwólcie że opowiem wszystko od samego początku - dodał widząc  niepewność i zdumienie na twarzy Aarona. Gordon wzkazał ławe. Starzec z westchnieniem usiadł na niej i zlustrował uważnie twarze wszystkich trzech mężczyzn.
- Tak… z całą pewnością  to Ty poprowadzisz nas ku świetności   - wyszeptał z zadumą wpatrując się w Aarona – To Ciebie wskazał Kryształ. Przed wieloma wiekami, zanim władze objęła Czarna Królowa, na tronie zasiadał Król Leonard, który był władcą dobrym i sprawiedliwym. Jego żoną była piękna  Oliwia. Pod ich opieką ,Królestwo rozkwitło, a mieszkańcy  żyli w szczęściu i zgodzie. Tak było przez około czterysta lat. Pewnej zimy  przybyła do zamku, młodziutka dama o pięknych bursztynowych oczach i włosach białych jak śnieg. Król był wobec niej bardzo podejrzliwy, według niego jej oczy skrywały ciemność. Królowa zaś, istota przepełniona miłością od razu polubiła przybyła panienkę. Mianowała ją na swoja dwórkę. Spędzały ze sobą wiele czasu. Wszystko było dobrze do pewnego słonecznego dnia. Wtedy to Król Leonard wyjechał, odwiedzić swój lud w okolicznych wioskach. Królowa Oliwia została w zamku, gdyż jej błogosławiony stan nie pozwalał na podróże. Wieczorem siedząc  na fotelu i uśmiechając się na myśl o dziecku, usłyszała hałas. Zaniepokojona lekkim krokiem wyszła z komnaty na korytarz, chcąc zobaczyć czy wszystko w porządku. Biedna nie zdążyła zamknąć drzwi, gdy ktoś chwycił ją za gardło od tyłu. Chciała krzyknąć, ale napastnik zakrył jej usta. Ostatnie, co zobaczyła był błysk ostrza, które w ułamku sekundy zostało zatopione w jej sercu. Rankiem przyszła służka by pomóc się ubrać swej Pani. Gdy znalazła ją przy królewskiej komnacie, ujrzała martwą monarchini. Cios w serce nie był jedynym ciosem, jaki został zadany. Zabójca przeszył również jej brzuch , dokładnie w miejscu gdzie znajdowało się malutkie serduszko maleństwa. Gdy Król wrócił i dowiedział się o tragicznej śmierci swej małżonki, wpadł w rozpacz i gniew. Wydał rozkaz by odnaleść tego, który pozbawił go największego szczęścia. Przez cały dzień siedział w komnacie żony i tulił do siebie jej suknie. Wieczorem skierował się do biblioteki by rozpaczać nad swa niedolą. Nawet nie przypuszczał że za chwilę spotka go mrożacę krew w żyłach odkrycie  i straszna śmierć – powiedział Archibald, kończąc swą opowieść. Gordon, Aaron i Edgar byli w głębokiej zadumie. Lorna i Sophia które dołączyły do mężczyzn płakały nad losem rodziny królewskiej.
- To strasznę, jak można być, ąż tak przesiąkniętym złem, by zabić. Och, tak mi żal tego nienarodzonego dziecięcia – szepnęła Lorna. Sophia jej przytaknęła ocierając łzy.
- Czy tą młodą dama była Wirginia? – zapytał Aaron.
Archibald pokiwał głową.
- Tak, Wirgina we własnej osobie. Ta kobieta od początku miała wszystko zaplanowane, zanim jeszcze weszła na dwór Króla Leonarda – odpowiedział ze zastanowieniem – Przypuszczam ze nie znacie Przepowiedni Onterego? – zapytał nagle.
- Nie mędrcze. Opowiedz nam o niej. – poprosił Gondor ujmując dłoń żony.
Archibald przymknął oczy.
- Jakieś siedemdziesiąt lat, po objęciu władzy przez Wirginie, jeden ze sług Królowej Oliwi, Onter przez kilka tygodni miał ciągle ten sam sen. We śnie widział Wirginię i jej coraz bardziej krwawe i okrutne rządy. Widział także istotę którą określił jako „ Nie z Tego Świata” . Wyglądała podobnie jak my, a jednak się różniła była inna. Istota ta w jego śnie, zabija Wirginie i wtedy nastają Nowe Czasy. Wielkie Czasy Pokoju. Całą swoją senna wizję spisał. W jego zapiskach pojawia się słowo Portal, które określa jako Wrota do Innych Światów – powiedział otwierając gwałtownie oczy. Wszyscy przyjęli to znak końca opowieści.
Sophia miała szeroko otwarte oczy.
- To istnieją inne światy? – zapytała z osłupieniem patrząc na Archibalda.
- Z całą pewnością Panienko – odparł, był nieco rozbawiony wyrazem twarzy dziewczyny. Zdołał też zauważyć nadzieje w oczach Lorny.
- Gdzie znajdują się owe wrota? – zapytał Gordon, zerkając  na żonę i córkę
- Jak przypuszczam na Południowy Wschód od Doliny Śmierci,, gdzieś w Górach Demonów… Tak mówią opisy Ontera. Za Wrotami znajduję się Pogromczyni Ciemności – odpowiedział mędrzec.
Aaron zerwał się z ławy, i zaczął chodzić w te i z powrotem po izbie. Czuł że ma ważne zadanie do wykonania, od którego zależy los Królestwa. Coś mu podpowiadało, że nie może zawieść, i że musi przyprowadzić Pogromczynie Ciemności.
- Kiedy mogę wyruszyć? – zapytał krzyżując ręce na piersi. Starzec uśmiechnął się lekko, widząc zapał wojownika.
- W każdej chwili Aaronie, lecz muszę Cię ostrzec. Wyprawa w inne światy niesie ze sobą ryzyko – głos Archibalda stał się złowrogi – tuż po przekroczeniu Wrót, zmienisz się nie do poznania. Staniesz się na wpół umarły. Będziesz żył nocą. Ogarnie Cię żądza krwi. Będziesz niebezpieczny dla tamtejszych mieszkańców.
Aaron patrzył z nad półprzymkniętych powiek na mędrca.
- W jaki sposób poznam Pogromczynie Ciemności? – zapytał zdecydowanym tonem, pocierając policzek dłonią.
- To już sam musisz odkryć mój chłopcze. Zadanie odnalezienia i rozpoznanie Pogromczyni przypada Tobie. Na mnie już czas przyjaciele, ale zanim odejde chcę ci coś dać Aaronie – oznajmił  Archibald sięgając do kieszeni peleryny z której wyjął amulet na złotym grubym łańcuszku. Amulet składał się z większego kręgu i dwóch mniejszych,po obu stronach. pośrodku dużego kręgu znajdował się trójkątny rubin, z którego trzech boków, biegły promienie. Miedzy promieniami znajdowały się małe diamenty. Cały medalion wyglądał na bardzo kosztowny. Widać było, ze twórca włożył w jego wykonanie całe serce. Wszyscy zebrani z zapartym tchem, podziwiali urzekające aczkolwiek dziwnę piękno amuletu. Aaron wyciągnął po niego rękę ,i przesunął palcami po mniejszym kręgu. W momencie gdy go dotknął, amulet rozbłysł jasnym światłem, a rubin zaiskrzył się czerwonym blaskiem. Aaron znieruchomiał. Wtedy właśnie zrozumiał, ze może się wszystko dobrze ułożyć. Archibald uśmiechnął się szeroko i włożył amulet do dłoni Aarona.
- Od tej pory Kryształ Maga, należy do Ciebie. Uczyniłeś  pierwszy krok ku wolności Królestwa Aaronie synu Gordona. Ale przed Tobą jeszcze długa i niezwykle trudna droga ku zwycięstwu. Zapewne wiele razy otrzesz się o śmierć, lecz Królestwo Istot Nocy w Ciebie wierzy. Nie wątpię, że ci się uda pokonać Zło. Niech Kryształ ma Cię w opiece. – rzekł i rozpłynął się w powietrzu. Aaron otworzył dłoń w której ściskał amulet upadł na kolana i zaszlochał. Po jego policzku zaczęły płynąc łzy. Lecz to nie były gorzkie łzy smutku, ani żalu. Te łzy były łzami Nadziei. Nadziei na wolność…

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie i jeszcze raz NIE. Nie przeczytam tego opowiadania, choćby nie wiem jak było dobre. A domyślasz się, dlaczego? OTÓŻ TO. Zostawiłaś spam na moim blogu. Och, no trudno, to się zdarza, ale... WŁAŚNIE DLATEGO MAM NA BLOGU SPECJALNĄ ZAKŁADKĘ. Nazywa się "spam".
      Właśnie zauważyłam, że pod prologiem jest komentarz podpisany moim nickiem. Nie wiem, skąd się tam wziął, bo nigdy nie piszę jednolinijkowców, jakkolwiek krótkie rozdziały by nie były. Chyba muszę porozmawiać sobie z siostrą...
      Mimo wszystko pozdrawiam i życzę mnóstwa czytelników. ;)

      Usuń
    2. AHA, NO ROZUMIEM, :) i Dziękuję

      Usuń