środa, 8 maja 2013

2


                                               Rozdział II



     W lesie panowała cisza, śnieg pokrywał korony drzew. Które uginały się pod jego ciężarem. Zima była łagodna tego roku.
Weronika uwielbiała spacerować i podziwiać zimowy krajobraz. Była 8 rano. Tego dnia swojm zwyczajem wybrała się na spacer, idąc słuchała muzyki na MP4 i rozglądała się po okolicy. Na jednym z drzew dostrzegła wiewiórkę, która utkwiła w niej swe małe czarne oczka. Dziewczyna się uśmiechnęła i zrobiła ostrożny krok do przodu, lecz małe rude stworzonko spłoszone uciekło na następne drzewo i zniknęło jej z oczu. Weronika przez chwilę patrzyła się  w miejsce gdzie zniknęła. Wciągnęła głęboko powietrze do płuc. Nigdy nie mogła zrozumieć ludzi, którzy nie cierpieli zimy. Według niej dużo tracili, nie doceniając piękna tej pory roku. Zima była taka magiczna że swoją wszechobecną bielą. Delikatnym ruchem odgarnęła z czoła swoje blond włosy i uniosła twarz ku koronam drzew. Śnieg stworzył prawdziwy balchadim  nad lasem. Poczuła na swych długich czarnych rzęsach płatki śniegu. Stała tak kilka minut z zamkniętymi oczyma. Gdy je otworzyła sięgnęła po telefon, zbliżała się 9 rano. Musiała wracać. O 11 była umówiona ze swoją przyjaciółką Julią. Miały się spotkać w małej wiejskiej knajpce. Od najmłodszych lat trzymały się razem. Szybkim krokiem skierowała się do domu. Po niecałych dwudziestu minutach siedziała w kuchni i popijała z kubka gorąca czekoladę. Chciała się rozgrzać przed ponownym wyjściem.
- Hej siostra – powiedziała Majka wchodząc do kuchni.
Jak zwykle wyglądała zniewalająco. Swoje ciemno blond włosy związała w koński ogon. Ciemnoniebieskie oczy podkreśliła eyelainerem. Miała na sobie biały golf z krótkim rękawkiem i czarne dżinsy rurki podkreślające jej długie smukłe nogi. Była ładną i seksowną dwudziestoczteroletnią dziewczyną o miłym usposobieniu. Weronika skinęła jej głową. Majka nalała sobie do wysokiej szklanki sok pomarańczowy i usiadła naprzeciw młodszej siostry.
- Jak tam? Jakie masz plany na dziś? – zapytała odstawiając szklankę na stół
Weronika wbiła w nią spojrzenie.
- Idę do knajpy. Mam się spotkać z Julią.
- No to fajnie – stwierdziła Majka stukając paznokciem o szklankę.
Weronika patrzyła na wypielęgnowane dłonie siostry po czym upiła łyk czekolady.
- Majka, jak myślisz znajdę kiedyś prawdziwą miłość? – zapytała nagle płonąc rumieńcem.
Majka przechyliła na bok głowę.
- Napewno. Jestem tego w stu procentach pewna siostrzyczko. Musisz tylko cierpliwie czekać – odpowiedziała z uśmiechem i sięgnęła po pomarańcze
Z Mateuszem była już cztery lata. Byli fajną i barwną para. A co najważniejsze bardzo się kochali. Na wiosnę mieli razem zamieszkać. Chcieli wynająć mieszkanie w samym centrum Warszawy. Weronika uważnie obserwowała siostrę. Przypomniały się jej lata dzieciństwa. Majka w tamtych czasach była pulchną pieguską z trądzikiem i dwoma krótkimi mysimi warkoczykami. Mimo to była pełną radości jedenastolatką, za którą wszyscy przepadali ze względu na poczucie humoru i życiową energię. I właśnie ta sympatyczna pieguska broniła małej Weroniczki. A trzeba wiedzieć że Weronika już w dzieciństwie była przeciwieństwem starszej siostry. Była chuda jak patyk, sama skóra i kości, Jej mlecznobiała skóra była lekko przezroczysta. Jasne, krótko obcięte włosy sterczały na wszystkie strony świata. Wspomnienie sprawiło że Weronika zachichotała . Majka popatrzyła na nią zaskoczona uśmiechając się niepewnie.
- Cóż Cię tak rozbawiło mała? – zapytała, wrzucając do ust cząstkę pomarańczy.
- Nic, zupełnie nic.
- Werka, no proszę powiedz mi.
- Wspominam dawne czasy Majeczko.
- Aha, przypomniało ci się dzieciństwo jak mniemam.
- Zgadłaś bestyjko. Dobra Majka ja idę się przebrać i lecę – powiedziała Weronika nachylając się nad stołem i cmoknęła swoją siostrę w policzek po czym poszła „ skocznym” krokiem do swojego pokoju. Szybko się przebrała w kaszmirowy sweterek i obcisłe niebieskie spodnie. Usta pociągnęła ochronna pomadką i chwyciła fioletowy płaszczyk i torebkę. Wychodząc z domu natknęła się na Mateusza. Chłopak uśmiechnął się swoim zniewalającym uśmiechem, ukazując piękną biel zębów.
- Cześć Weronika – przywitał się, wyciągając z bagażnika swojego auta jakąś paczkę.
Weronika odwzajemniła uśmiech, zastanawiając się co tez może w niej być. Zapewne Mateusz, znów miał jakąś niespodziankę dla Majki. Tych dwoje, naprawdę bardzo się kochało. Weronika była pewna że w przyszłości będzie miała super szwagra, a Majka cudownego męża. Mateusz był bardzo przebojowym i przystojnym chłopakiem, o pięknych ciemnobrązowych oczach.
Miał dwadzieścia sześć lat i skończył studia na wydziale Architektury w Akademii Sztuk Pięknych. Był utalentowanym młodym mężczyzną. Przepięknie rysował i malował. Kilka jego rysunków miała Majka. Jeden nawet dostała Weronika. Rysunek przedstawiał dwa małe kotki.
- Co tam u Ciebie? – zapytał Mateusz
- A nic ciekawego. Pogadałabym z Tobą, ale muszę lecieć. Majka prawdopodobnie siedzi w swoim pokoju – odpowiedziała Weronika przepuszczając Mateusza w drzwiach.
- Aha, no to na razie Werka – chłopak posłał jej kolejny olśniewający uśmiech na pożegnanie . Był naprawdę uroczy. Weronika po dziesięciu minutach szybkiego marszu dotarła do baru „Królewiec”. Od razu w wejściu, przy jednym ze stolików dostrzegła Julkę, oprócz niej w knajpce było jeszcze trzy osoby, które popijały piwo i oglądały jakąś meksykańską telenowelę. Stojąca za barem kelnerka wycierała szklanki i kufle, zerkając co jakiś czas na telewizor. O tej porze, nie miała  wiele do roboty. Duży ruch zaczynał się dopiero w godzinach popołudniowych i wieczornych. Bar funkcjonował już od ponad czterdziestu lat, mieścił się w starym powojennym magazynie, który odnowiono. Budynek prezentował się nienagannie. Sala utrzymana była w ciepłych barwach. Ściany były pomalowane na żółto, a na stolikach były czerwone obrusy. Każdy stolik zdobił pozłacany świecznik. Był nawet wydzielony parkiet do tańca. Weronika podeszła do lady i zamówiła czarną kawę. Potem podeszła do stolika, przy którym czekała na nią Julka, i z głębokim westchnieniem usiadła na krześle. Julia uniosła brwi i się uśmiechnęła.
- Hej. Fajnie że jesteś – powiedziała, wyciągając z kieszeni dżinsów papierosy – Nudy, co nie? – zapytała zapalając jednego.
Weronika zakasłała, dając tym do zrozumienia, że wolałaby żeby przyjaciółka nie paliła, ale Julia to zignorowała z łobuzerskim błyskiem w oku. Weronika przewróciła oczyma.
- No – powiedziała tylko.
Julia zmrużyła oczy.
- Może zamówimy coś mocniejszego? – zapytała
- No niewiem. Możemy się napić – stwierdziła Weronika, zakładając nogę na nogę.
- Ok. Pani Magdo, poproszę dwa drinki Królewskie z dodatkiem lodu – zawołała Julia do kelnerki. Kobieta uniosła wzrok z nad swojego zajęcia.
- Już, zaraz wam przyniosę – odpowiedziała odstawiając wytartą do sucha szklankę pod ladę.
Drink Królewski był wysokoprocentowym alkoholem  przygotowanym z najlepszego gatunku wódki, whisky i soku malinowego z dodatkiem cytryny i lodu. Kelnerka przyniosła drinki do stolika kołysząc łagodnie biodrami. Jej długie czarne włosy sięgały pośladek. Była atrakcyjną kobietą po trzydziestce. Jedyny mężczyzna w barze, nie odrywał od niej wzroku.
Julia upiła łyk, podanego drinka i skupiła całą swą uwagę na Weronice, która dostała ostrego ataku kaszlu przez dym. Julia zaciągnęła się po raz ostatni i zgasiła papierosa.
- Poznałam fajnego faceta – oznajmiła nachylając się ku przyjaciółce – Adam mu na imię – dodała.
- Cieszę się, opowiedz mi o nim – poprosiła Weronika.
- Cóż mogę ci powiedzieć. Jest przystojny, miły, idealny po prostu. Trenuję piłkę nożną.
- Aha. Wiele mi nie powiedziałaś. Ale brzmi nieźle – stwierdziła Weronika, odrzucając do tyłu włosy, po czym zanurzyła usta w drinku.
- Nieźle to mało powiedziane Werka, gdybyś go zobaczyła to byś zemdlała z wrażenia. Jest prawdziwym ciachem, miary samego Johnego Deppa. Ósmy cud świata, mówię ci kochana. Istny cukiereczek, chodzący afrodyzjak. Apollo normalnie. Żyć nie umierać – Julia zaczęła się coraz bardziej rozkręcać. Trajkotała jak najęta. Opowiedziała szczegółowo Weronice jak zapoznała się z nową zdobyczą. Dziewczyna grzecznie wysłuchała jej opowieści, od czasu do czasu kręcąc z niedowierzania głową. Starała się ukryć ukłucie bólu w sercu spowodowanego brakiem chłopaka. Od dziecka marzyła o prawdziwej miłości, jaka istnieje tylko w bajkach. Nagle przypomniała sobie sen który nawiedził ją ostatniej nocy.
Śnił się jej pięknie zbudowany mężczyzna o długich czarnych włosach. Nie widziała jego twarzy, gdyż był od niej odwrócony plecami. Potem naglę się obudziła, z dziwnym przeczuciem, którego nie umiała dokładnie zinterpertować. Jednego była pewna, ów mężczyzna był ideałem. Wiedziała to, choć nie zobaczyła jego oblicza. Uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Werka, czy Ty mnie słuchasz? – zapytała nagle Julka, dziwnie się jej przyglądając.
Weronika zamrugała kilkakrotnie oczyma.
- Tak, tak – powiedziała pośpiesznie biorąc duży łyk drinka. Skrzywiła się i zakasłała – Diabelnie mocne – wykrztusiła.
Julia zachichotała.
- Co, Ty gadasz Werka. Drink jak drink – powiedziała potrząsając szklanką, w której zagrzechotały kostki lodu – Ale wracając do Adama.. kochana Ty musisz koniecznie go poznać. – dodała.
- No, myslę że będę miała ku temu okazje. – odpowiedziała Weronika z błyskiem w oku.
W tym momencie otworzyły się drzwi i do środka wkroczył miejscowy „Playboy” z ładną filigranową brunetką, zawieszoną dosłownie na jego szyi. Panna wyglądała na mocno wstawioną. Wzrok miała rozbiegany i cały czas chichotała. Weronika wymieniła z Julią spojrzenia. Nieznajoma dziewczyna z ledwością pokuśtykała w stronę stolika. Idąc potknęła się o własne nogi, ale jakimś cudem udało się jej odzyskać równowagę, nie przestawała się wciąż śmiać. Chłopak podszedł do baru i poprosił niezbyt zadowoloną panią Magdę o dwie setki czystej wódki i sok pomarańczowy na przepitkę. Czekając na zamówienie, rozglądał się po sali. Gdy spojrzał na Weronikę i Julię, puścił im oczko.
- Cześć dziewczyny. Może do nas dołączycie? – zaproponował.
- Dzięki, ale nie – odpowiedziała Weronika.
Julia spojrzała na nią ze złością.
- Mów za siebie, ok.? – wysyczała, po czym zwróciła się do chłopaka – Ja chętnie się dosiąde – powiedziała. Nie zwracając kompletnie uwagi na przyjaciółkę podeszła do zadowolonego faceta.
Weronika westchnęła, to ja zabolało. Oczywiście doskonale wiedziała że Julia uwielbia flirtować z przystojnymi mężczyznami, ale jej zachowanie i tak uraziło przyjaciółkę. Dziewczyna obserwowała chwilę Julkę. Towarzyszce mężczyzny, wyraźnie popsuł się humor. W oczach miała autentyczną złość i smutek. Nagle wstała i podeszła smętnym krokiem do Weroniki.
- Hej. Jestem Domi a Ty? – zapytała czkając.
- No cześć. Weronika.
- Twoja koleżanka zabrała mi faceta – ton głosu Dominik był oskarżycielski. Patrzyła na Weronikę zbolałym wzrokiem. Z bliska wydawała się być miłą dziewczyną, która przesadziła trochę z alkoholem. Jej krótkie czarne włosy, sterczały na wszystkie strony, a łagodne szaroniebieskie oczy były zamglone, na policzkach miała rozmazaną mascare. Weronika przywołała na twarz dobrotliwy uśmiech.
- Nie przejmuj się, taki ma charakter – powiedziała – Skąd jesteś?
Dominika odwzajemniła uśmiech, ale po chwili znów miała posępną minę.
- Z Poznania – odpowiedziała.
- Rozumiem. Wiesz, ja to uciekam. Widzę, że moja przyjaciółka w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Trzymaj się – Weronika uprzejmie pożegnała się z nową znajomą. Przed wyjściem położyła dziesięcio złotowy banknot na stoliku i wyszła z baru. Było zimno, Weronika rozejrzała się wokół.
- Weronika! Czekaj! – usłyszała nagle, tuż za nią szła Julia – Przepraszam – dodała widząc ponurą minę przyjaciółki. Weronika wzruszyła ramionami i bez słowa ruszyła dalej. Jakoś nie miała ochoty na rozmowę z Julią choć ta przeprosiła. Coraz bardziej się od siebie oddalały i nic nie mogły na to poradzić. Więzy je łączące pomału zaczęły się zacierać. Cała przyjaźń blakła, z każdym dniem. Obie dziewczyny miały swoje zajęcia. Weronika prace, a Julia uczelnie. Każda miała swoje życie. Nie umiały już ze sobą nawet rozmawiać, choć bardzo starały się podtrzymywać konwersację, ale kończyło się tylko na  pogaduszkach o chłopakach, potem zapadało milczenie. Całkowity rozpad przyjaźni zbliżał się nieuchronnie. Julia widząc obojętność, z powrotem wróciła do baru, posyłając za oddalającą się przyjaciółką przeciągłe spojrzenie. Wszystko z wolna się sypało. Gdy Weronika była już prawie w domu, poczuła ze jej słabo. W jej głowie rozległ się przedziwny aczkolwiek dźwięczny głos który zaśpiewał:
                                   
                                          Wiele upłynęło dni,
                                          Od nastania Złych Czasów.
                                          Wiele Krwi nieszczęsnych,
                                          Istot przelano.
                                          Lecz oto rodzi się w bólu,
                                          Nadzieja.

Gdy głos zamilkł, osłabienie przeszło. Weronika sama nie wiedziała, co się właściwie wydarzyło. Jednego była pewna, głos opływał w dobroć i słodycz. Był tak piękny, że miała zapamiętać go do końca życia. Nigdy nie słyszała piękniejszego dźwięku, niż ów głos. Głos Nieziemskiej Istoty. Była nim urzeczona, a jednocześnie było to trochę przerażające. Czuła ze głos przekazał jej jakąś wiadomość.
- Mamo! – zawołała, wchodząc do domu. Zajrzała do kuchni matki nie było – Jesteś mamo?! – powtórzyła, podpierając boki rękoma.
Usłyszała, że ktoś schodzi po schodach. Po chwili w drzwiach stanął wysoki mężczyzna.
- Cześć tato. Gdzie mama? – zapytała cmokając ojca na powitanie w policzek
- Pojechała z Majką i Mateuszem. Stało się cos? – głos ojca był zatroskany.
- Tak. Stało się.. Tatusiu, stało się coś dziwnego – odpowiedziała Weronika i zaczeła nucić słowa, które usłyszała. Ojciec patrzył na młodszą córkę zaskoczony.
- Usłyszałam głos. Niezwykle piękny, który zaśpiewał mi tą pieśń – wyszeptała.
- Weroniczko, córeczko czy Ty coś piłaś?
- Tylko jednego drinka tatku. A wracając do domu, poczułam się słabo, i pojawił się ten głos. I mam wrażenie, że dostałam jakieś niezwykłe przesłanie, tego co ma nieść dla mnie przyszłość. Czuje, ze stanie się coś ważnego – wyjaśniła Weronika sięgając po czekoladowe ciastko – Ale to jeszcze nie wszystko – dodała przełykając mały kęs.
- Jest coś jeszcze? – zapytał z niepokojem ojciec, obserwując badawczo córkę.
- Tak. Jest jeszcze sen.
- Sen? Jaki znowu sen? – w oczach ojca dało się ostrzec coraz większe zdumienie.
Weronika kiwnęła głową, i uśmiechnęła się niepewnie.
- Śnił mi się mężczyzna o długich, czarnych włosach i o pięknym ciele – odpowiedziała, zjadając do końca ciastko – Ale nie rozmawiajmy o tym – dodała po głębszym zastanowieniu. Do końca dnia myślała o pieśni.



                                                             ***


Norina Da Lorse była piękną kobietą o brązowych kręconych włosach, sięgających do połowy pleców i dużych błyszczących piwnych oczach. Wywodziła się z bogatego rodu i była jedyną ocalałą dwórką Królowej Oliwii. Za życia swej Pani, była najbliższą jej powiernicą i przyjaciółką. Historia ich przyjaźni zaczęła się gdy niespełna dwudziestoletnia Norina została wybrana spośród ponad trzystu najzamożniejszych panien,  na Pierwszą Damę Dworu Królowej Oliwii. Monarchini była zachwycona niezwykle zabawną i miłą dziewczyną o śniadej cerze. Norina nie mogła powstrzymać łez szczęścia, z lekkim okrzykiem radości, padła na kolana i ucałowała obie dłonie swej Pani.
- Wasza Wysokość, Tyś najpiękniejszą gwiazdą naszego Królestwa, a Miłość Twoja niewyczerpana, jest najczystszą ze wszystkich miłości, od zarania naszych dziejów – wyszeptała patrząc z oddaniem w lazurowe oczy uśmiechniętej Królowej, która w odpowiedzi uwolniła swą delikatną dłoń, przyobleczoną w jedwabną białą rękawiczkę, i dotknęła nią policzka Noriny.
- Norina, moja słodka dwórka – powiedziała tylko.
Przyjaźń rozkwitała, każdy dzień przepełniony był radością. Norina nawet nie myślała, że to się skończy,.. że w Królestwie zapanuje zło, które odbierze życie wielu niewinnym istoto. W chwili gdy dowiedziała się o śmierci Królowej, a później Króla Leonarda, wpadła w głębsza rozpacz,  która nie miała dna. Ból był niewyobrażalny. Wirginia.. kobieta, którą Królowa przyjęła z otwartymi ramionami zadała niewybaczalny cios zdrady, całemu Królestwu.
A wszyscy tak jej ufali, wszyscy dali się jej omamić. Tylko Król Leonard, zachował trzeźwość umysłu. Tylko on jedyny zdołał dojrzeć zło czające się pod piękną cielesną powłoką. Czuł ze stanie się coś strasznego, ale widząc czułość żony skierowana do białowłosej kobiety, oddalił od siebie niepokój, który i tak powracał za każdym razem na widok Virgini. Po śmierci Rodziny królewskiej odbyła się masowa egzekucja wszystkich dworzan. Norinie udało się przeżyć, gdyż włożyła na siebie strój strażnika. I właśnie w tym przebraniu patrzyła z rosnącym przerażeniem na śmierć swoich przyjaciół wampirów, którzy tak jak ona kochali zamordowaną Rodzinę Królewską. Widziała jak kat bez skropułów ścina głowy bezbronnym kobietom i mężczyznom, rozchlapując po całym dziedzińcu niewinną krew, tych którzy byli wierni Królowi Leonardowi i jego małżonce Królowej Oliwii do samego końca. Nawet niebo płakało nad ich losem, a wiatr zawodził wśród drzew, śpiewając swą żałobną pieśń. Jeszcze tego samego dnia, pod osłona nocy Norina uciekła z dworu, pozbywając się stroju strażnika, gdy zniknęła z zasięgu wzroku straży. Szła wiele godzin, aż upadła wyczerpana w leśnej głuszy. W tej chwili pragnęła umrzeć. Płakała wbijając palce w ściółkę. W końcu zasneła, znaleźli ją czterej mężczyźni , którzy zabrali ją do samotnej chaty, ukrytej wśród drzew głęboko w puszczy, gdzie nikt się nie zapuszczał. Przez całą wędrówkę spała, podtrzymywana na koniu przez jednego z mężczyzn, który okrył ją swym płaszczem. Nie obudziła się nawet, gdy dotarli na miejsce. Kilka kobiet rozebrało ją z przemoczonych ubrań. Były pełne współczucia. Nie chcąc jej budzić, ułożyły ją na łożu i okryły szczelnie kołdrą, po czym wymknęły się po cichu z izby by przygotować strawę dla mężczyzn. Norina spała głębokim snem, przez wiele godzin. Gdy otworzyła w końcu oczy, z lekkim strachem i zaskoczeniem rozejrzała się po sypialni. Była sama. Wokół panował spokój. Gdy odrzuciła kołdrę, zauważyła ze ma na Sobie skromną brązową koszule. Nagle do pokoju weszła kobieta, która z miłym uśmiechem spojrzała na Norinę.
-Och, widzę że już się Pani obudziła – powiedziała – Proszę się nie bać, nie mam złych zamiarów. Jestem Kala – dodała widząc strach i nieufność Noriny. Była ładna. Miała miłą okrągłą twarz, którą okalały kruczoczarne włosy, upięte w luźny kok. Była też nieco pulchną i niewysoką kobietą o dobrotliwym i mądrym spojrzeniu turkusowych oczu. Norina odwzajemniła niepewnie uśmiech.
- A Ty jak masz na imię drogie dziecko? – zapytała Kala przyglądając się Norinie.
- Norina… Norina Da Lorse – odpowiedziała Norina.
Kala otworzyła szeroko oczy.
- Jest Pani szlachetnie urodzona. Przepraszam… Na pewno nie jest Pani przyzwyczajona do tak prymitywnych warunków – powiedziała, zataczając ręką koło.
-Droga Kalo, nie ma Pani za co przepraszać, to mi nie przeszkadza. Bardzo dziękuje, za troskę, jest Pani bardzo miła – rzekła Norina, uspokajając zawstydzoną Kale. Norina z miejsca ja bardzo polubiła.
- Za chwilę podajemy wieczerze, zapewne jest Pani głodna. Czy zje Pani z nami. Mężczyźni przynieśli dziczyznę i trochę ryb. A do picia mamy piwo korzenne. Nic wyszukanego, ale zaspokaja głód. – Kala była nieco onieśmielona.
- Z wielką przyjemnością, zjem pani rodziną i przyjaciółmi.
- Cudownie. Zawołam moją córkę, to przyniesie jakąś suknie. Pani odzienie jeszcze nie wyschło. Było całkowicie przemoczone. Będziemy na Panią czekać – powiedziała Kala, kierując się z ukłonem do drzwi. Po kilku minutach Norina, ubrana w suknie córki Kali, zeszła na wieczerze. Przy stole siedziało około 20 osób. Wszyscy zebrani spojrzeli w jej stronę. Norina wyczytała w ich twarzach zaciekawienie i życzliwość. W powietrzu unosił się apetyczny zapach mięsa i piwa.
- Niech Pani usiądzie – powiedział jeden z mężczyzn wskazując wolne miejsce, między dwiema miło wyglądającymi kobietami. Norina usiadła i przyjęła od swojej sąsiadki miskę z dziczyzną. Zauważyła, że niema żadnych sztuccy, wszyscy jedli palcami. Zrobiła to samo, wkładając niewielkie kawałki do ust. Mięso było soczyste i niezwykle aromatyczne. Rozpływało się w ustach. Przy stole panowało milczenie. Gdy wieczerza dobiegła końca, Kala i jej córka wstały  i zaczeły zbierać naczynia. Rudowłosy mężczyzna upił łyk piwa i skupił swą uwagę na Norinie.
- Smakowało Pani? – zapytał.
Norina skinęła lekko głową.
- Tak, dziękuje. Mięso było bardzo dobre – pochwaliła splatając dłonie na stole - Gdzie ja jestem?
- W kryjówce buntowników. Walczymy o wolność całego Królestwa. Moja żona Kala mówiła, że ma Pani na imię Norina. Kilku mężczyzn znalazło pania na skraju lasu. Była Pani nieprzytomna. Jak to się stało ze znalazła się pani na tym odludziu?
Norina przymknęła oczy.
- Uciekłam. Byłam dwórką Królowej Oliwii. Wszyscy dworzanie zostali ścięci, ja zdołałam uciec – wyszeptała i zapłakała, chowając twarz w dłoniach. Wszystkie kobiety wymieniły między sobą przerażone spojrzenia, a córka Kali Tily upuściła glinianą misę, która stłukła się z głośnym trzaskiem. Była blada jak ściana. Kala zaniepokojona hałasem, wbiegła do izby i objęła córkę.
- Kalo, zabierz Tily – polecił Dercon, patrząc z czułością na żone i córkę.
Kala wyprowadziła struchlałą ze strachu Tily. Reszta kobiet wybiegła za nimi, zamykając za sobą grube, dębowe drzwi.
- Źle, się dzieje w naszym ukochanym Królestwie. Dużo Pani przeszła , dlatego proszę z całego serca, żeby pani tu została. Tu będzie pani bezpieczna. Moja żona to dobra kobieta, reszta niewiast również. Chce żeby pani wiedziała że my wszyscy jesteśmy pani przyjaciółmi – głos Dercona był przyjacielski i bardzo zatroskany. Norina uniosła ku niemu twarz, miała zaczerwienione oczy.
- Ma pan dobre serce. Jak ja się wam odwdzięczę. – rzekła ocierając delikatnie łzy. Czuła że może być spokojna, przynajmniej na razie. Z wielką wdzięcznością wstała od stołu, przepraszając Dercona, i wyszła do niedużego holu, w którym siedziały kobiety zajmując dwie długie ławy. Kala widząc Norie, podeszła do niej i mocno ją przytuliła.
- Będzie dobrze kochanie. Pamiętaj, że nie wolno nigdy tracić nadziei – szepnęła i uśmiechnęła się pokrzepiająco. Dercon miał racje. Jego żona była ciepłą kobietą o złotym sercu. Norinę ogarnęło  wspomnienie o matce.
Daliene Da Lorse, była szlachetną kobietą. Kochała córkę ponad wszystko. Ale została brutalnie zgwałcona i zamordowana, gdy Norina skończyła 22 lata. Straszne przeżycie zostawiło rysę na sercu wrażliwej Noriny. Bardzo tęskniła za ukochaną matką, która była piękna jak kwiat. Miała alabastrową skórę bez żadnej skazy. Długie brązowe loki, które upinała w wysoki kok i czarne jak węgiel oczy. Nosiła najdroższe i najpiękniejsze suknie, jakie szyte były w całym Królestwie. Jej pasją było szycie. Zaprojektowała swojej jedynaczce, prześliczne suknie i płaszczyki. Norina je uwielbiała. Ich materiał był delikatny i miły w dotyku. Matka potrafiła wyczarować prawdziwe cuda. Była dumna z Noriny, że Królowa Oliwia wybrała ją na Pierwszą Damę Dworu. Daliene była silną kobietą, nigdy się nie poddawała. Nawet jak opuścił ją mąż Telin dla Lily La Tauzen, która sypiała z wieloma mężczyznami o szlachetnym pochodzeniu, nie uroniła ani jednej łzy. Powiedziała tylko, że takie sytuacje dają lekcje, które z czasem wychodzą na dobre. Potem nie związała się z żadnym mężczyzną. Chciała sama sobie być panią. W tym czasie rozkwitła, osiągnęła pełnie szczęścia jako kobieta i matka. Córka była jej największym skarbem, któremu poświęciła całą swą uwagę. Norina była bardzo oddana matce. Bardzo cierpiała po jej śmierci. Miała złamane serce. Królowa Oliwia, najsłodsza istota jaką znała starała się złagodzić ból swojej dwórki, którą ukochała jak siostrę.
- Wygląda, pani bardzo mizernie – stwierdziła Kala, wyrywając Norie z zamyślenia – A może przygotować Tobie kąpiel moja droga? – zapytała unosząc brwi. Norina się uśmiechnęła.
- Tak, myśle ze powinnam się odświeżyć. Czy któraś z kobiet mogłaby mi pomóc?
- Ależ, oczywiście. Zaraz zaniesiemy gorącą wodę – powiedziała Kala i przeszła do kolejnego pomieszczenia. Norina dostrzegła w nim ogień paleniska. Nad którym stał ogromny kocioł. Domyśliła się, że jest w nim woda. Kala pochyliła się nad nim z dzbanem w ręku.
- Saro! Rino! Zanieście wodę na górę – zawołała.
Dwie z siedmiu siędzących kobiet wstały i poszły po napełnione dzbany. Niecałe pięć minut później, wszystko było gotowe do kąpieli. Norina z błogim uśmiechem zanurzyła się w wodzie. Za parawanem siedziała Rina i nuciła jakąś melodie. Jej obecność zadziałała na Norie kojąco. Wciąż miała przed oczyma, umierających przyjaciół. Wirginia nie znała litości. Była okrutną kobietą, którą ogarnęła żądzą władzy. Bez wahania zabijała  każdego kto się jej sprzeciwił, lub nie uznał jej władzy. W krótkim czasie zyskała zwolenników, głównie mężczyzn, którzy byli jej kochankami. Nigdy nie stroniła od uciech cielesnych. A liczba tych których uwiodła tylko potwierdzała jej lubieżność. Wszyscy ci mężczyźni, byli gotowi zrobić dla niej wszystko. Byle tylko przyjęła ich znów do swego łoża. Zabijali z rozkoszą, gdy dostali od niej taki rozkaz.
Norina się wzdrygnęła, woda zaczęła już stygnąć. Zanurzyła głowę w wannie, po czym zaczęła masować włosy, używając lawendowego mydła by je umyć. Poczuła się trochę lepiej, ale straszny obraz nie zniknął. Wiedziała, że nigdy nie zniknie. To czego była świadkiem, stało się nieodłączną częścią jej życia. Podkuliła nogi, objęła je ramionami i zaczęła niepohamowanie płakać.
- Panienko Norino? – usłyszała zaniepokojony głos Riny – Czy wszystko w porządku?
Norina pociągnęła nosem.
- Ciągle mam przed oczyma, egzekucje moich przyjaciół. Tych których kochałam ponad wszystko. Najpierw moja ukochana matka, potem Królowa Oliwia i Król Leonard a teraz oni. Los kpi sobie ze mnie… Rino czy to się kiedyś skończy? Czy kiedykolwiek będzie tak jak kiedyś?
- Serce mi pęka na myśl, co panienka przeszła. Nastały straszne czasy. Czasy bólu, śmierci i wielkiego niezwykle okrutnego zła, ale musimy wierzyć całym sercem Norino, że będzie dobrze i że to się skończy. Kala zawsze powtarza, że nigdy już nie będzie tak jak kiedyś, ale będzie lepiej niż jest teraz i należy pokładać w tym ufność – odparła Rina poważnym tonem.
- Och, Rino obyś miała racje – powiedziała Norina stając na nogi – Mogłabyś podać mi ręcznik? – poprosiła łagodnie z lekka zachrypniętym głosem.
Rina weszła za parawan i pomogła Norinie, owinąć się ręcznikiem, gdy była sucha podała jej do przyodziania koszule nocną. Potem Norina siadła przed lustrem, i zaczęła rozczesywać swoje długie piękne włosy. Mokre sprężynki przylegały do jej twarzy, co dodało jej jeszcze większego uroku. Nie zdawała sobie sprawy jaka jest piękna. Ciemną karnację, koloru czekolady z mlekiem odziedziczyła po swoim ojcu. Jej uroda była egzotyczna. Gdy była na Dworze Królewskim, wielu mężczyzn zabiegało o nią.
Królowa Oliwia, pragnęła wydać ją za prawowitego człowieka. Chciała żeby ukochana przyjaciółka, miała dobrego męża i by była szczęśliwa. Norina po dokładnym wyszczotkowaniu włosów odprawiła Rine, i położyła się do łóżka. Prawie natychmiast zasnęła. Kolejne dni upływały jej, na rozmowach, gotowaniu, praniu, haftowaniu i spacerach. Nie działo się nic złego. Nikt niepożądany nie odkrył kryjówki buntowników. I tak minęło kilkaset bezpiecznych lat życia Noriny w ukryciu, wśród niezwykłych i wspaniałych przyjaciół. Dzięki nim, uwierzyła w lepsze czasy. Zdawała sobie tez sprawę, że dawna świetność  Królestwa nie powróci, los przywróci tylko jej część, ale to i tak było bardzo dużo. Norina i jej przyjaciele cierpliwie czekali by wykonać właściwy krok.


                                                            ***


Aaron, obudził się wczesnym rankiem, spał tylko niecałe trzy godziny. Był podekscytowany wizytą Archibalda.. Planował wyruszyć na swoją misje w ciągu kilku dni. Miał mu towarzyszyć Edgar. Nie chciał zabierać nikogo więcej. To było zbyt niebezpieczne. Podróż konno do Doliny Śmierci, zajmowała sześć dni. Aaron wszedł do stajni i skierował się do boksu, w którym stał jego wierzchowiec. Młody ogier, był pięknym zdrowym i silnym zwierzęciem o kruczoczarnej sierści, i miodowej łatce na głowie w kształcie półksiężyca.
- Witaj przyjacielu. Wkrótce czeka nas niebezpieczna misja – powiedział Aaron dotykając chrap majestatycznego stworzenia, które zarżało radośnie, na jego widok. Nie zauważył jak do boksu wszedł Edgar, a tuż za nim Lionel.
- Bracie, Lionel chce wyruszyć z nami – oznajmił Edgar
- Że co, słucham?! Lionelu czyś Ty rozum postradał? To zbyt niebezpieczne, nie chcę Cię narażać. Masz narzeczoną, która niebawem zostanie Twoją zoną – powiedział stanowczo Aaron.
- A dlaczego Ty wyruszasz, skoro mówisz o niebezpieczeństwie? – odwarknął Lionel.
- Ponieważ jest nadzieja na pozbycie się Wirginii, a tak w ogóle niemam nic do stracenia odkąd niema Elleny, Od jej śmierci, również i ja jestem martwy – wyjaśnił Aaron, na jego twarzy odmalował się ból, gniew i przerażająca obojętność.
- Aaronie jestem Twym przyjacielem…
- Masz rację, Lionelu jesteś moim przyjacielem i dlatego też zostajesz tutaj. To jest moje ostatnie słowo – wtrącił Aaron przerywając przyjacielowi – Nami by mnie znienawidziła, jakby coś ci się stało – dodał łagodniejszym tonem, wychodząc ze stajni. Lionel i Edgar szli obok niego. Kierowali się w stronę areny, na której zebrała się już spora gromadka wojowników.
- Witajcie chłopcy. Chwytajcie za broń, powinniście już trenować – zawołał Aaron przypatrując się im z uwagą. Po chwili rozległ się szczęk stali ocierających się o siebie mieczy. Patrząc na nich, Aarona napawała duma. Mężczyźni  byli zaciekli, opanowani i bardzo groźni. Ich ruchy wzkazywały że z łatwością mogli zadać śmierć. Byli potężnymi wojownikami. Kilku przychodziło z leśnej kryjówki. Ich przywódcą był bardzo silny i odważny Dercon, który był serdecznym przyjacielem Gordona. Aaron zobaczył że jeden z wojowników Dercona przypatruję się mu. Wyglądał jakby się wahał, w końcu się zbliżył.
- Aaronie, mój Pan Dercon prosi żebyś przybył niezwłocznie do naszej kryjówki – powiedział wsuwając miecz do pochwy.
- Powiedz swemu Panu, że przybędę jeszcze dziś przed zachodem słońca – odparł Aaron. Wojownik skłonił ku niemu głowę i pobiegł na drugą stronę areny odwiązał swojego konia i pogalopował na wschód, gdzie na dalekim horyzoncie, znajdował się las. Aaron zastanawiał się cóż pilnego ma mu do przekazania Dercon. Zawołał Edgara i poprosił, by zajął jego stanowisko. Chciał porozmawiać z ojcem. Znalazł go przechadzającego się po dziedzińcu domostwa.
- Ojcze! – zawołal podbiegając do niego.
- Tak Synu? – zapytał gordon zerkając na Aarona.
- Jeden z wojowników Dercona, przekazał mi, ze jego Pan chce mnie widzieć. Zanim słońce zajdzie ruszam do ich kryjówki, chciałbym żebyś pojechał ze mną – odparł Aaron, stając gwałtownie w miejscu. Ojciec zrobił to samo i spojrzał z powagą w oczy syna.
- Dobrze synu. To co ma do przekazania Dercon, jest na pewno bardzo ważne, gdyż bez żadnego poważnego powodu nie kazałby Tobie gnać na złamanie karku. Poza tym, chętnie zobaczę się z moim drogim przyjacielem. – powiedział i uśmiechnął się niepewnie. Również on głęboko wierzył w wyzwolenie całego Królestwa, z pod władzy Czarnej Królowej. Archibald na nowo rozpalił płomień nadziei w sercach całej rodziny. Gordon wraz z synem poszedł do domu, w którym Lorna  przyrządzała posiłek. Była ubrana żółtą atłasową suknie przewiązaną w tali białą szarfa. Swoje hebanowe włosy, rozpuściła . Nowonarodzona nadzieja zaczęła  sprawiać cuda. Gordon, patrzył z zachwytem na żonę.
- Mój Boże, toż to anioł – szepnął
Był pełen podziwu.
Aaron również był zachwycony zmianą, która zaszła w matce. Wiedział że właśnie powróciła ze świata umarłych, do którego odeszła, już za życia. Miał całkowitą pewność, że bez Pogromczyni nie będzie mógł powrócić. Sumienie by mu na to nie pozwoliło. Musiał zwyciężyć. Gdy wraz z ojcem się posilił przepyszną sarniną duszoną w ziołach, osiodłali konie i wyruszyli na spotkanie z Derconem. Podróż zajęła im dwie godziny drogi. Przekraczając skraj lasu zsiedli z swych wierzchowców, resztę drogi pokonując pieszo. Niedługo potem zobaczyli wśród drzew chatę zbudowaną z drewnianych bali mającą parter, piętro i strych. W drzwiach czekała na nich niewysoka kobieta.
- Witaj, droga Kalo – powiedział Gordon, całując jej dłoń. Ta w odpowiedzi zarumieniła się uroczo na ten gest.
- Witajcie. Mój mąż już na was czeka – powiedziała uśmiechając się promiennie. Po czym lekko stąpając  poprowadziła przybyszów  do kuchni, w której stał Dercon. Jego muskularne ramiona opinała luźna lniana koszula, a do pięknie ukształtowanych długich nóg przylegały bryczesy. Całości dopełniały wysokie, lśniące czarne buty sięgające tuż pod kolano.
Na widok Gordona w dwóch krokach pokonał dzielącą ich odległość, i go serdecznie uściskał.
- witaj mój przyjacielu. Jak miło mi Cię widzieć – powiedział śmiejąc – Jak się miewa Twoja żona? – zapytał kładąc dłonie na ramionach Gordona, po czym znów go uściskał.
- Lorna, czuję się dobrze Derconie – odparł Gordon – wzywałeś mojego syna – dodał.
Dercon przeniósł spojrzenie na milczącego Aarona.
- Ach, tak…Aaronie muszę z Tobą omówić pewną sprawę . Doszły mnie słuchy, że jest nadzieja na pokonanie Wirginii. Ojciec panny Naomi , przekazał mi że wyruszasz w podróż, by odszukać niejaką Pogromczynie Ciemności. Dlatego chce, żeby ktoś ode mnie Ci towarzyszył.
Aaron pokręcił głową.
- Stanowczo protestuje, to niebezpieczne – odparł krzyżując ramiona na piersi, jego postawa wyrażała upór
Dercon tylko tyko się lekko uśmiechnął i ciężko westchnął.
- Aaronie, ja nalegam. Mam wspaniałą osobę, która może okazać się bardzo przydatna – powiedział.
- Synu, zgódź się, Dercon to rozsądny mężczyzna. Nie wysyłał by nikogo, jakby nie był pewny swoich racji – rzekł Gordon przyłączając się  do prośby Dercona.
Aaron spoglądał to na jednego, to na drugiego, potem zamknął oczy. Po czym postanowił zabrać ze sobą jednego z wojowników.
- Dobrze, więc. Ale któż to taki?
- Panna Da Lorse – odpowiedział Dercon z nutką dumy w głosie.
- Kobieta?!  Na Boga toż to delikatne stworzenie. Jakże sobie ona poradzi? – wykrzyknął Aaron ze zgrozą.
- Poradzi sobie znakomicie. Umie doskonale władać mieczem. Była dwórką Królowej Oliwii.
- Dobry Boże .. To na dworze uczono ją wojować?
- Nie. To moi wojownicy ją tego nauczyli. Uwierz mi Aaronie, to silna kobieta, Kiedyś zasłynie przez swoje bohaterstwo. Zaraz ją przyprowadzę. – powiedział Dercon i wyszedł z chaty. Gdy zamknęły się za nim drzwi, Aaron spojrzał na ojca.
- Niewiem czy to jest dobry pomysł – mruknął – Trudno mi uwierzyć, w to co mówi Dercon, wydaję mi się to absurdalne.
- Za chwilę się przekonamy. Chociaż i ja mam w głębi serca wątpliwości – odpowiedział Gordon przyglądając się z zastanowieniem synowi.
Chwile później wrócił Dercon, prowadząc za sobą  ciemnoskórą dziewczynę o inteligentnym spojrzeniu i burzą kręconych włosów.
Gordon i Aaron złożyli jej głęboki ukłon, który wykonywano przed szlachetnie urodzonymi osobami, gdyż tak nakazywała etykieta. Kobieta spojrzała na nich z zaciekawieniem i przeniosła pytający wzrok na Dercona, który skinął jej zachęcająco głową i podał jej miecz. W chwili gdy dotknęła pozłacanej rękoiści , oczom Aarona i Gordona ukazał się wspaniały pokaz fechtunku. Żaden z nich, nie mógł oderwać od niej zachwyconego i pełnego podziwu spojrzenia. Byli pod ogromnym wrażeniem jej umiejętności. Dziewczyna była nieziemska.
- Jak Ci na imię panienko – zapytał Gordon.
Dziewczyna spojrzała na niego z radosnym uśmiechem.
- Norina, mój panie.
- Moja droga Norino, ma panienka wspaniałe zdolności, których wielu wojowników mogłoby ci pozazdrościć. Jestem pod wrażeniem. Poznaj mojego syna Aarona. To z nim wyruszysz na misję.
Aaron zbliżył się do Noriny i ponownie się jej ukłonił chcąc okazać jej szacunek. Widząc to kobieta wybuchneła śmiechem.
- Ależ, proszę pana.. proszę się nie wygłupiać. Jeden ukłon w zupełności wystarczył. To zaszczyt , że mogę Panu towarzyszyć w podróży Aaronie. Dercon stwierdził, że przyda  się panu kobieca ręka, w sprowadzeniu i zdobyciu zaufania Pogromczyni Ciemności – wyjaśniła. Nie mogła się doczekać, czekającej ją przygody. Bardzo chciała pomóc Aaronowi  w wykonaniu misji . Delikatnym ruchem odrzuciła swoje lśniące brązowe włosy do tyłu, które zdążyły już bardzo podrosnąć. Sięgały jej już do połowy ud. Była z nich dumna. Tily uwielbiała je czesać. Aaron pomału zaczął  przekonywać się do propozycji Dercona.
Norina była kobietą, jej o wiele łatwiej będzie przekonać Pogromczynie do przekroczenia wrót.
- Dobrze. Nie widzę żadnych zastrzeżeń. Może się panienka przygotowywać do podróży. Wyruszamy jutro, po zachodzie słońca- oznajmił Aaron. Pomyślał, że będzie mu raźniej mając u boku brata i tę oto stojącą  przed nim piękną nieustraszoną niewiastę.. Czuł że podjął dobrą decyzję. Nic nie mogło go powstrzymać, przed ratowaniem Królestwa. Norina mogła mu w tym bardzo pomóc. Z całą pewnością mieli szanse na zwycięstwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz